Cyfry

==


Nawigacja

REGULAMIN I OCENIAJĄCE

* Zapisy *


* zapłać *


Czarna Lista

lily-james-i-reszta
silent-ruse


Ocenione

Panaceum
* pani-otchlani

Blisko ideału
* polska-szkola-magii
* niedorzeczna
* traumbild
* elda-znaczy-zemsta

Warto przeczytać, ale nie zachwyca
* imogen-n
* torn-apart
* silent-ruse
* industrial-diseases
* blekitny-skraj
* dudka
* stracony-czas
* Żona dla Śmiercojada

Średniak
* the-fear
* what-do-you-feel
* avira
* without-memory

Prowizorka
* harlekin
* t-oo-little-t-oo-late
* the-cruel-circus

Marność
chwilowo pusto

Parodia, nie teatr
chwilowo pusto


Archiwa

2007
kwiecień (1)
maj (4)
czerwiec (3)
lipiec (4)
sierpien (2)
wrzesień (6)
październik (5)
listopad (1)
grudzień (1)

2008
styczeń (1)
luty (1)
marzec (1)

2009
lipiec (1)




Okładka

Szablon w całości zrobiła Holly. Prezentalnie i na wyłączność dla drogi do perfekcji. Rysunek należy do tej istoty. Pattern pożyczony stąd.
Nie kraść, bo siekiera i topór pójdą w ruch!
jak feniks? >> niedziela, 19 lipica 2009 00:06:38
Czy zdechło? Owszem, poniekąd tak to można określić. Częściowo z naszej winy (głównie mojej i Murdermile), a częściowo przez mylog i jego fochy. Jednakże w czasie problemów egzystencjalnych serwisu ja i Murdermile zwinęłyśmy interes do tobołka, a następnie ruszyłyśmy w wędrówkę poprzez internetowy świat, aby osiedlić się tutaj.
Wprawdzie Murdermile zrezygnowała z oceniania niedługo po założeniu nowej siedziby, ale ja zebrałam nową ekipę i można mnie tam odnaleźć - już nie jako Pistację, a jako Novocainę.
To w kwestii wyjaśnienia. Na wypadek, gdyby przypadkiem ktoś znający nas z onetu wszedł tutaj i uznał, że onetowy blog jest plagiatem tego mylogowego.

Cóż. Aloha!

Pistacja/Novocaina
komentarze [0]


Ocena nr 21 - the-cruel-circus.mylog.pl >> poniedziałek, 17 marca 2008 21:00:22

Na wstępie chciałabym przeprosić autorkę za jakość tej oceny, jednak szybko chciałam dodać ocenę, gdyż przestraszyłam się dłuższą nieobecnością pozostałych oceniających, a sama też nie mam zbytnio wiele czasu.

Oceniam: The cruel circus

*pierwsze wrażenie :
Z opisu wnioskuję, że wcale nie jest to takie głupie jak autorka na samym wstępie raczyła mnie poinformować. A może to było po prostu zabezpieczenie się, jeśliby okazało się, że rzeczywiście nic z tego nie będzie? No, nieważne. Z tego co przeczytałam w zgłoszeniu jestem nastawiona bardzo pozytywnie. Lubię kiedy bohaterowie nie są ani dobrzy, ani źli i jest skupianie się na ich złożonej psychice (złożoną psychikę wzięłam z poprzedniej części zdania).
Avatar przedstawia twarz jakiejś dziewoi. Nie wiem na razie, dlaczego tak a nie inaczej, ale wykonanie mi się podoba. Będę się spodziewać szablonu w podobnym stylu.
„Strach to grzech pierwotny. Wszelkie zło powstaje, gdy dusza się czegoś boi...” – nie powiem, aż mnie ciarki przeszły.

9/10

*wygląd:
~szablon
Rzeczywiście szablon jest wykonany w sposób podobny do avatara, ale niezbyt mi się podoba.
Zacznę od plusów. Grafika jest duża, przejrzysta, wszystko widać. Poza tym czcionka jest widoczna oraz wyjustowana i użyto tutaj nawet odstępu między linijkami.
To by było na tyle z plusów.
Grafika jest zlepkiem zdjęć, co już teraz mnie zniechęca, ale to nie koniec. Uważam, że to bardzo kiepskie zlepienie. Na jednym zdjęciu kobieta ma uciętą głowę, tak samo jak para pod nią, a na innym jest brzydko rozciągnięta (i wygląda jak facet, ale to tak nawiasem). Jedyne co mi się podoba na górze strony to ta stylizacja na pomięte, stare zdjęcia. I tyle.
„Grafikę wraz z htmlem wykonała moja niezrównana koleżanka – Aneta” – Aneto? A gdzie podpisałaś zdjęcia i inne elementy grafiki? Nawet jeśli sama je wykonałaś, to należy to zaznaczyć. A Ty, szanowna autorko, powinnaś przypomnieć o siódmym przykazaniu („nie kradnij”, gdyby okazało się, że jesteś niewierząca) swojej koleżance, a poza tym to Ty umieściłaś tutaj ten napis – bezwzględnie powinnaś machnąć linka do strony, z której pożyczyłaś zdjęcia. Bo chyba nie są one Twoje...?
Jakoś tak ten fioletowy nie pasuje do brązów i beży na tej grafice... Mam rację?

7/15

~dodatki
Chciałabym zwrócić szczególną uwagę na dział „o mnie”.
Pod Dramatics Personae znajdują się opisy bohaterów. Fajnie. Jestem bardzo za zdawkowymi opisami postaci, krótkim streszczeniem historii oraz przedstawieniem samej autorki, jednak Twoje rozwiązanie mi się wcale nie podoba. Po pierwsze zdjęcia – jako że wykonane własnoręcznie rysunki zawsze robią na mnie pozytywne wrażenie, tak fotografie znanych i lubianych już mniej. Naprawdę byłam zdegustowana widząc wciąż w Twoim tekście Brada Pitta i Lindsay Lohan. Jednakowoż te krótkie wiadomości co kto lubi i jak lubi, albo że jest „parcownicą” cyrku, a już podawanie korelacji między postaciami i ich znaczenie dla fabuły uważam za drobny nietakt. Sądzę, że lepiej dla opowiadania jest, jeśli pisze się w takich miejscach o cechach charakteru bohaterów i pochodzeniu, a nawet dopuszczane jest raczej o wyglądzie niż o tych związkach między nimi, czy też jaką to dany bohater ważną rolę odgrywa w opowiadaniu.
No i są błędy – literówki i powtórzenia, a przecież część słowna działu nie jest taka znowu długa.

1/5

*treść:
~pomysł
Szczerze powiedziawszy nie znoszę wyraźnej granicy między dobrem i złem w literaturze – jaka by tam ona nie była. Jednak postaram się schować do kieszeni osobistą urazę. I boję się klownów...
Gdyby akcja od razu działa się w królestwie Atarpy, sypnęłabym punktami, ale niestety akcja rozpoczyna się w świecie „rzeczywistym”. Przez to całość wychodzi dość drętwo. Porsha jest zwykłą nastolatką (nawet nie wiesz jak typową!), ma dziwnego ojca. Potem: Porsha znajduje książkę, a chwileczkę (sekundkę) później przechodzi przez lustro do innego wymiaru, aby tam dowiedzieć się kilku ciekawych rzeczy i ocalić świat (zawsze jest ocalenie świata, kiedy ktoś go zniszczy?). Oczywiście wszystko to nie robi na niej najmniejszego wrażenia.
Podobało mi się wytłumaczenie roli Porshy i jej niezwykłość. Intryga cyrkowców dosyć drętwa, wygląda to tak, jakbyś chciała wymyślić coś w tym stylu, ale niezbyt Ci to wyszło. Madame po prostu wychodzi na totalną kretynkę zupełnie jak Voldemrot w siódmej części Harry’ego Pottera – gdyby się postarała to i nawet z zawiązanymi oczami zrozumiałaby co się dzieje w jej cyrku.
Poza tym podoba mi się sam pomysł na miejsce akcji – cyrk (nie Atarpa). Może niezbyt wyszło Ci wykonanie, ale opowiadanie ma swój klimat. Groźny i dosyć egzotyczny (jeśli można to tak nazwać). Naprawdę bardzo mi się to podoba.

2/5

~fabuła
Akcja. Akcja dzieje się zbyt szybko, a przez to bohaterowie są mało prawdopodobni psychologicznie. Coś jak Mary Sue w opowiadaniu – po setnym zgwałceniu (kiedy każda normalna dziewczyna poszłaby i się utopiła ze wstydu) popłacze troszkę, a nazajutrz romansuje z Syriuszem Blackiem. Porsha znajduje się nagle w innym wymiarze (!), wrzucasz ją w wir wydarzeń, których powinna w ogóle nie rozumieć, a ta wprawdzie nie czuje się jak ryba w wodzie, ale zdaje się nie dziwić, że jest jakąś Wybranką, ma ocalić świat, a to wszystko dzieje się za lustrem, w cyrku, gdzie ludzie umierają jak muchy w sieci pająka (porównanie mi się udało...). Sama ledwo co nadążałam za tokiem akcji. Tu jakieś morderstwo, tu jakaś Jedyna Dobra, tu dominacja nad światem, a nie ma odpowiedniego nawet wprowadzenia. Wszystko powinno dziać się z punktu widzenia Porshy, która jest nowa i nic nie rozumie (a przynajmniej każda normalna dziewczyna by nic nie rozumiała). Musisz koniecznie zwolnić. Dla dobra Twojego i Twoich bohaterów, bo ich psychika cierpi. Moja, jako czytelnika, również.

Wątek ojca Porshy mocno naciągany. Cała ta „rzeczywistość” w moim mniemaniu jest wielką pomyłką. Widać, że nie poradziłaś sobie z przejściem dziewczyny ze świata realnego do tego zza tafli lustra. Uważam, że opowiadanie wątkiem tatuśka i córeczki, niecóreczki traci bardzo dużo – sądzę, że lepiej zrobić z tego stare, dobre fantasy, Porsha urodziła się w królestwie i tak dalej. Żadnych tatuśków i samochodów. Tak, tak – żadnej kablówki i TVN24! To teraz możesz jeszcze raz przeczytać te pierwsze rozdziały i uznać, że trzeba je koniecznie wyrzucić. I ja niczego oczywiście nie narzucam, brońcie mroczni bogowie.

Dlaczego wszystkie rozdziały ze śmiercią „dobrych” bohaterów uznałaś za dobre? Mam się Ciebie obawiać?

Podsumowując nie mogę wyrazić słowami tego zgrzytania w zębach podczas czytania. Wszystko zdaje się być takie mało dopracowane. Może chcesz już dojść do punktu kulminacyjnego? Tylko wiesz – to żadne wytłumaczenie. Jeśli już coś robisz, zrób to porządnie, a nie tak tylko żeby czytelnicy mieli radochę z tragicznej śmierci następnego bohatera. Zwolnij z zabijaniem, rozwiń wątki i rozbuduj postacie. Bohaterów jest na razie najmniej – chyba że umierają i są Porshą albo Madame. Ogólne wrażenie są naprawdę kiepściutkie – to przez to pędzenie z akcją i zaniedbanie czytelnika, bo informacje wyskakują jak Filip z konopi i nawet nie wiadomo dlaczego akurat teraz wyskakują, a nie kiedy indziej – a prościej i nie po mojemu: nie ma w Twoim opowiadaniu przyczyny, która dopiero rodzi skutek.

5/20

~opisy, dialogi
Niby wszystko jest tak jak powinno być. Opisy są. Dialogi są. Wszystko względnie sensowne – oprócz może niektórych dialogów, ale to raczej wina tego, że Porsha czuje się jak w domu w innym wymiarze i innych niedociągnięć, które nie są raczej winą stylu czy... mentalności (?).
Z tego co udało mi się wyłapać, masz autorko problem z powtórzeniami. Na przykład w pierwszym akapicie, który nie był znowu taki długi:
Porshia siedziała na tylnym siedzeniu samochodu swojego ojca (...). Porshia patrzyła (...). Porshia wyłączyła długopis.”
Jednakże tych błędów w miarę czytania jest coraz mniej. Mam pewne podejrzenia, że to zasługa bety, ale wiesz... to nie oznacza, że przestałaś mieć problem. Prawda?
Poza tym rzuciły mi się w oczy źle zapisywane dialogi.
„- Nie. -odpowiedziała.- Pada.”
Po kropce zawsze zaczyna się zdanie z wielkiej litery, ale to nie o to chodzi. Jeśli wyodrębnioną część wypowiedzi definitywnie zakończyłaś piszesz kropkę, a wyodrębniona część (wtrącenie, wytłumaczenie – nie wiem jak Tobie, ale mi poloniści różnie to tłumaczą) zaczyna się oczywiście z wielkiej litery. Jeśli zaś wypowiedź nie jest skończona, a wyodrębniona część jest jakby opisem, bądź wyjaśnieniem (jeśli zaczyna się od synonimu „powiedział”, „zapytał” i tak dalej) po pierwszej części wypowiedzi nie piszemy kropki i tę część zapisujemy z małej litery.

7/10

*błędy
Literówek znalazłam z jedną, gratulacje.

- „wyłączyła długopis” – ja chyba wiem o co chodziło, ale „wyłączyła” nie jest dobrym słowem;

- „próbowała wymyśleć” – próbowała wymyślić;

- „sięgnęła po plecak i małą torbę, i również wyszła z samochodu” – przecinek przed „i” daje się tylko przy wymienianiu, a i to zdanie dziwnie brzmi. Nie powinno być „sięgnęła po plecak, a potem wyszła z samochodu”? Bo to tak wyszło, jakby wysiadanie było tym samym co sięganie, albo z moją psychiką jest naprawdę bardzo źle;

- „Zawsze ceniła w sobie prostą ironię, czarny humorek” – nie rozumiem tego. Jak już to chyba ceniła sobie prostą ironię – bez tego „w”, ale nadal nie rozumiem co ma do siebie prosta ironia i czarny humorek. A może ona lubi i to i to? Tylko ten przecinek mi sugeruje coś innego;

- „odwróciła się twarzą w kierunku drzwi. Ale dźwięk się nie powtórzył. Stała tak pięć minut” – pięć minut? Musiała być do pioruna bardzo cierpliwą osobą, bo ja nie znam kogoś takiego, kto by przez pięć minut stał i nasłuchiwał. Stał i rozmyślał już prędzej;

- „wyjęła zeszyt i -tak, jak w samochodzie- zastanawiała się” – po i przed myślnikiem daje się spację, ładniej wygląda;

- „Kuchnia mieściła się
obok salonu i była małym pomieszczeniem z wciśniętym w jedyne wolne miejsce -gdyż resztę zajmowały m.in. lodówka, blaty, kuchenka, zmywarka i półki- stołem.” – Ciśnie mi się na usta tylko: nie stosujemy skrótów w tekście literackim, szczególnie w narracji; poza tym, kiedy czyta się wtrącenie zapomina się co było głównym tematem (a mówiłaś przecież o stole) i ten stół na końcu zdania mnie osobiście bardzo zaskoczył.

- „I natrafiła na dom, który wczoraj późnym popołudniem.” – co wczoraj późnym popołudniem? To mogło być bardzo ważne zdanie dla fabuły!

- „Porshia, otrząsnąwszy się z szoku, patrzyła na zaproszenie. Chyba musi pójść do tego cyrku, skoro tak ją zapraszają. No, to ma już cel spaceru. Ściskając w ręku karteczkę, ruszyła chodnikiem przed siebie” - skąd wiedziała, gdzie jest cyrk? Poza tym przecież Porsha się niczemu nie dziwi, a tutaj mamy nawet szok;

- „Za szybką ujrzała młodego chłopca, czarnowłosego” – odwrotnie, „młodego, czarnowłosego chłopca”

- „Więc dlaczego powiedział do niej „pani”?” - hm, może dlatego, że jest uprzejmy, a poza tym mówi się tak nawet do młodej osoby, jeśli się jest oficjalnym, a Porsha i tak nie miała sześciu lat, chociaż tak myślałam na początku opowiadania;

- „Na dźwięk jej głosu, Porshia drgnęła” – niepotrzebny przecinek;

- „Nadzoruję, sprawdzam, i tak dalej” – znowu niepotrzebny przecinek – przecież przed „i” nie daje się przecinków;

- „Porshia spojrzała, zdziwiona, na swą towarzyszkę” – niepotrzebnie wtrąciłaś zdziwioną, przecież to tylko opis tego spojrzenia – w każdym bądź razie bez przecinków;

- „Roi'a” – kiedy słychać ostatnią literkę nie zapisuje się razem z apostrofem;

- „Yasminne będzie chodzić i ją szukać” – Yasmine będzie oczywiście chodzić i szukać (kogo? czego?) JEJ.

Poza tym, dlaczego narrator zamienia „Porsha” na „dziewczynka”, skoro ona ma tam z około szesnaście lat. Ja wyobrażałam ją sobie jako dziesięciolatkę.

8/15

*bohaterowie:
~pomysł
Porsha – główna bohaterka historii. Wiemy o niej, że pisze, czego prawie zaprzestaje po znalezieniu się w innym wymiarze. Jest to typowa nastolatka – ja jestem taka oryginalna i tak mnie nie obchodzicie, że wam zaraz oczy wyjdą na wierzch. Z tego co pojęłam jest tą Wybraną – ma zaprowadzić porządek pomiędzy dobrem a złem (powinnam pisać to z wielkiej litery?). Pomysł jest wcale ciekawy, szczególnie to jak miałaby zaprowadzić porządek i kto będzie jedynym dobrym, ale na razie Porsha dopiero co dowiedziała się o swojej roli (co oczywiście nie za bardzo zrobiło na niej wrażenia, ale plus za to, że w ogóle jakieś zrobiło), więc dużo wątku nie było. Ogólnie ta postać jest jakaś taka sucha i nie za bardzo można ją polubić. Z mojego punktu widzenia oczywiście.
Yasminne znalazła Porshę, gdy ta przeszła przez lustro. Wydaje mi się ona osobą strasznie sentymentalną i... eee... swojską. Poza tym jest niby asystentką, której asystuje Porsha. Oczywiście zamieszana jest w spisek (jak każdy w tym cyrku). Oprócz tego nic więcej o niej nie wiadomo, na razie jest to postać dosyć tajemnicza (chciałabym napisać do momentu jej śmierci, ale nie zrobię tego).
Madame Carocierre to istny czarny charakter – po prostu posiada wszystkie zadatki na takowego. Jedyna zła, zabija wszystkich po kolei, ale jeszcze nie zorientowała się, że wszyscy w cyrku są zamieszani w spisek przeciwko niej, co, moim zdaniem, świadczy o jej kretynizmie (przepraszam za dosadność). Zostawia Ważną kuleczkę na widoku, bez żadnych zabezpieczeń, tak wiem, że ona tam siedziała i myślała, że pod jej obecność żadna Porsha jej nie zabierze cacuszka, ale jednak mogła się bardziej postarać. Gdybym ja nią była, trzymałabym kuleczkę bardzo blisko siebie. Oczywiście cała scena była dość naciągana, ale dajmy sobie z tym spokój – widziałam gorsze rzeczy.
Dalena i Toinetta to dwie przyjaciółki, z czego jedna rządzi Atarpą, a druga ma za zadania przyprowadzać pierwszą do porządku. Dalena bardzo przypadła mi do gustu – z jednej strony próżna, nie przejmuje się poddanymi, ale wcale nie przedstawiona jako ta zła królowa. Jest raczej zbyt nieodpowiedzialna.
Potem pojawiają się bohaterowie, którzy nie mają jakiejś większej roli w opowiadaniu, albo Ty potraktowałaś ich tak a nie inaczej. Tajemniczy Roi zajmujący się jakimś podejrzanym zajęciem w cyrku, o którym nikt nic nie wie, bliźniaczki, z których tylko jedna ZAISTNIAŁA (nie napiszę w jaki sposób), Listera, która bardzo szybko umiera, ale jest ważna, bo to ta Dobra. O ojcu nie wspominam, bo to jakaś abstrakcja jest.

5/10

~przedstawienie
Jako że pędzisz z akcją na łeb na szyję, to raczej nie można mówić to o pełnym przedstawieniu postaci. Nawet główna bohaterka jest jakaś taka... niedopowiedziana.
Bardzo zdenerwowała mnie sytuacja z pojawieniem się Porshy w Atarpie, a potem wątek Listery. Porsha znalazła się w innym wymiarze i po prostu przyjęła to do wiadomości. I lecisz z akcją. Uważam za błąd pominięcie uczuć Porshy (nie zaprzeczam, że Porsha nie zdziwiła się, ale te parę zdań nie usatysfakcjonowało mnie) i okresu przystosowawczego. Dlaczego pominęłaś pytania Porshy, niedowierzanie, a potem na przykład starania się bohaterów o to, aby dziewczyna w końcu uwierzyła. Poza tym jest parę wpadek z przedstawieniem głównej postaci wyłączając nawet niskie prawdopodobieństwo psychologiczne (jakby była androidem, który godzi się na każde warunki, nawet jeśli to jest ta druga strona lustra). Są to małe wybryki Porshy, na które jednak szkoda czasu, bo za mało znaczą.
Wątek Listery jest całkowicie do wyrzucenia, albo przeredagowania. Śmiech na sali, przepraszam, ale ewidentnie widać tutaj brak ciągu przyczynowo-skutkowego. Pojawia się jak Filip z konopi jakaś Dobra, która ma się opiekować Porshą, wcześniej nawet świerszcze nie grały o niej, a tutaj bum! Po śmierci Listery też jakieś to wszystko zakręcone, bez ładu ani składu. Reakcja Porshy też mało ciekawa.
Naprawdę przedstawienie postaci u Ciebie to najsłabszy punkt opowiadania (oprócz akcji, ale jedno wynika z drugiego). Zdecydowanie musisz przemyśleć wszystko jeszcze raz i zwolnić, poświęcając więcej miejsca na reakcje i uczucia bohaterów.

1/5

~marysuizm
Nic.

10/10

*punkty dodatkowe
Bardzo spodobał mi się pomysł z umieszczeniem akcji w cyrku – dodaje klimatu opowiadaniu, a Ty sama ten klimat potrafisz tworzyć. Podobała mi się zagubiona królowa Atarpy, ale poza tym naprawdę nic innego nie przykuło mojej uwagi w sensie pozytywnym. Winą tego jest pędzenie z akcją i to, że zapomniałaś o tym, że dopiero przyczyna rodzi skutek. I odwrotnie – skutek ma przyczynę. No, nieważne.

4/10

Razem: 59 punktów, czyli Prowizorka.

Pozdrawiam:
Sinis

komentarze [3]


Ocena nr 20 - without-memory.mylog.pl >> piątek, 15 lutego 2008 21:27:32
Wywaliłam parę blogów ze swojej kolejki. Szczerze powiedziawszy, nie pamiętam już dokładnie jakich, bo trochę się ich uzbierało i pozwoliłam nie robić z owej czynności notatek. W każdym razie, jeśli nie ma kogoś w kolejce... powiem tak - sorry, należało przestrzegać regulaminu zgłoszeń.
A teraz do rzeczy.

W związku z nałożeniem się na siebie dwóch moich ulucionych pór roku, jakimi są ferie i wiosna, postanowiłam pójść w ślady tej ostatniej i wyrwać się z kleszczy zimowej, leniwej aury, zakasując rękawy i biorąc się do roboty. Krótko mówiąc...

Oceniam: Without Memory


Pierwsze wrażenie:
Umieszczenie w regulaminie podpunktu o konieczności zostawienia krótkiego opisu swojej twórczości w zgłoszeniu było świetnym pomysłem. Już w pierwszej chwili mogę stwierdzić, czy mi się chce czy też niebardzo. Akurat w tym przypadku byłam umiarkowanie zachęcona. Ciekawy avatar, wypowiedź elokwentna, dość skromna i wykładająca mi jasno, iż będę miała do czynienia z historią o dziewczynie, która straciła pamieć. Wyczuwam w tym nienajgorszą koncepcję, ale dostrzegam także dużą samokrytykę. Rozumiem ją w pełni, bo sama mam skłonności do użalania się nad tym, co stworzę. Troche paradoksalne i bez sensu, bo powinniśmy się chwalić tym, co z dumą nazywamy twórczością, ale paradoks jest nieodłączną częścią mojej osoby. Być może Twojej też. W każdym razie ze wszystkiego, co napisałaś, najbardziej podobały mi się slowa, w których wyrażasz zgodę na pastwienie się nad Tobą i Twą twórczością przez mą skromną osobę. W to mi graj! Czuję wiatr w skrzydłach i przysługujące mi prawnie zero ograniczeń. No to heja!
8/10

Wygląd:
* szablon

Od razu po wejściu zaatakowała mnie ta idiotyczna mylogowa reklama, która zdała się być jeszcze bardziej irytującą niż zazwyczaj, bo akurat miałam z nią na pieńku, gdyż uniemożliwiła mi wstawienie tu nowego szablonu. Wiem, że ceną za wiele atrakcji związanych z blogiem sponsorowanym jest ta jedna głupia, wnerwiająca rameczka (tu zresztą też się przypałętała), ale kiedy na nią patrzę, budzi się we mnie iście zwierzęca agresja. Ten mylog nie mógł znaleźć chyba głupszego miejsca na jej umieszczenie niż na samym środku szablonu - pomysłowo! Ale nieważne, nie Twoja wina.
Szablon też nie jest Twoją winą ani to, że mój monitor pamiętający jeszcze czasy, kiedy prawo jazdy robiło się na dinozaury, ma tak szaloną rozdzielczość i kontrast, że ledwo widzę literki. Ale widzę. Jednak. Ha!
Ogółem całkiem przyzwoicie. Szablonista znał się na swoim fachu, a Ty wiedziałaś, co robisz, gdy wybierałaś właśnie to dzieło, które swoim tekstem pasuje do treści tego, co napisałaś.
Mogłabyś tylko zmienić wyświetlanie archiwum na linki z nazwami miesięcy albo ustawić te rzymskie cyfry w poziomie.
13/15

* dodatki
Spoglądam w linki i widzę, że jesteś czytelniczką twórczości panny Kitty Pe. (lub, jak to ona teraz twierdzi, Kitty eF.). Pochwalam. W dziale "o mnie" wieje pustką. A szkoda, bo lubię wiedzieć, z kim mniej więcej mam przyjemność tutaj dyskutować. Lub raczej prowadzić monolog... choć w moim przypadku zwyczajna rozmowa niewiele się od niego różni.
Żadnych udziwnień i pierdółek. W moich oczach mniej znaczy więcej.
4/5

Treść:
* pomysł

Odebrałam go mniej więcej tak: Cześć, jestem Ellen Yanvell, mam szesnaście lat, to moja przyjaciółka Amy... o... a tej... tej tu... jej nie lubię! Kiedyś byłam wesoła i radosna i nie zdziwcie się, jeśli powtórzę to jeszcze niejednokrotnie, ale lubię o tym wspominać. Teraz jestem smutna, zdołowana, zamknięta w sobie i generalnie nieciekawa, jeśli nie liczyć faktu, że jakiś czas temu straciłam pamięć i właściwie niezbyt wiem, kim jestem ani skąd się wzięłam...
W tym momencie następuje ogólna konsternacja. Zarówno na widowni jak i u samej Ellen, której oczy rozszerzają się do rozmiaru talerzy. Chwila grozy się przeciąga, po czym Ellen w końcu przerywa ją słowami: O cholera! Nie wiem, kim jestem! Dlaczego nikt mi o niczym nie mówi?!
Następnie tupie nogami i wmawia przyjaciółce, że ta uważa ją za nienormalną.
Kurtyna. Akt pierwszy się kończy. Następne nie są już tak pasjonujące, bo Ellen spaceruje to tu to tam, powoli odkrywając swoją tożsamość różnymi sposobami, z których każdy jest coraz bardziej cudownym zbiegiem okoliczności,
Z tego, co wywnioskowałam Ellen spędziła rok w Hogwarcie po tym, jak straciła pamięć. Czemu dopiero po takim czasie zaczęły ją dręczyć dziwne sny i nagłe pragnienie poznania prawdy o sobie?
Sama myśl o dziewczynie, która straciła pamięć w tajemniczych okolicznościach, jest niezła. Jej rozwinięcie - nie do końca.
2/5

* fabuła
Miałaś absolutną rację, stwierdzając, że akcja toczy się zdecydowanie zbyt szybko. Nie poczułam szczególnego budowania napięcia. Tu Ellen nie wie, kim jest, a w chwili następnej podrzucają jej pamiętnik matki i wszystko dalej leci jak dżambo-dżet, gubiąc po drodze części. Myślę, że lepiej byłoby, jakbyś od czasu do czasu zrobiła małą przerwę na zbudowanie napięcia, wzbudzenie u czytelnika zaskoczenia i zaintrygowania, które nie ogranicza się jedynie do zakończenia notki w stylu Tak jak myślała, był to i trzy wymowne kropki. Takie zakończenia już dawno przestały fascynować, a kiedy czyta się parę notek po kolei jest tak, jakby w ogóle nie istniały.
Poza tym ta cała seria zdarzeń bynajmniej nie niefortunnych, a wręcz przeciwnie, kiedy to dzięki niezwykłym zbiegom okoliczności wielka tajemnica przestaje być aż tak tajemnicza. Najpierw szlaban u McGonagall, kiedy przypadkowo wypada jej karteczka zawierająca ważne informacje, następnie przypadkowe spotkanie z Alexem w Hogsmeade, jego również przypadkowa śmierć w idealnym do tego momencie, bo na oczach samej Ellen, a na koniec jakże przypadkowe wyjście na jaw pokrewieństwa między samą główną bohaterką, a jej największym wrogiem. Choć to akurat było ciekawym pomysłem.
Jednak cała ta akcja z zagubioną siostrą jest mocno naciągana - zmienienie nazwiska, ukrywanie się i cała ta zabawa. Co z tego, że zmieniła nazwisko, skoro uczniowie Hogwartu znali ją wcześniej jako Susan Yanvell. To samo dotyczy Ellen. Nie wie, kim była wcześniej, a przecież wystarczyło zapytać kogokolwiek. Jakieś informacje z pewnością by uzyskała. No chyba, że wcześniej obie panny Yanvell nie chodziły do Hogwartu, jednak to pozostaje jedynie w sferze gdybań, gdyż nic na to nie wskazuje. Albo odpowiadali jej jedynie zdawkowym kiedyś byłaś wesołą duszą towarzystwa i tak bardzo owe słowa utkwiły pannie Yanvell w pamięci, że często są przez Ciebie przytaczane.
Nie, nie kupuję tego. Akwizytorom dziękujemy.
Ah. I jeszcze jedno. Z tego, co wydedukowałam na podstawie licznych przesłanek znajdujących się w napisanym przez Ciebie tekście, akcja rozgrywa się w czasie szóstego tomu Harry'ego Pottera. I wszystko fajnie tylko... Gdzie jest Harry? Utknął w toalecie? Jakby nie było, jest on dla Hogwartu osobistością dość istotną... Właściwie wszyscy o nim trąbią na prawo i lewo. Doceniam chęć zbuntowania się przeciwko jego osobie i rozumiem fakt, że to nie wokół niego cała historia się kręci, ale skoro nie chciałaś o nim wspominać, trzeba było umieścić Ellen w czasie, kiedy nie ma już łamane na jeszcze Pottera. Mogłaś rzucić choćby drobną wzmiankę na jego temat podczas pojawienia się na scenie Hermiony, a tymczasem ccicho i głucho. A niezależnie od tego jak bardzo byłby on postacią denerwującą - istniał i to dość intensywnie, zaznaczając się wyrazistą kreską w dziejach Hogwartu.
7/20

* opisy, dialogi
Opisy całkiem ładne i zgrabne, wyważone. Czego nie można powiedzieć o dialogach z ciastoliny (taaak, znalazłam sobie nowe porównanie po kartonie, plastiku i makaronie świderkach). Moim ulubionym jest chyba ten, gdy Katie/Susan sprzeczała się z Ellen. Jakież okropne wtedy wyzwiska poleciały!
- Z czego się cieszysz, Yanvell?
- Z tego, że chyba po raz pierwszy wyglądasz gorzej niż ropucha – powiedziała powstrzymując śmiech. Dla kogo się tak odstawiłaś? Dla Goyle’a? Zdaje mi się, że nawet on ma lepszy gust, a poza tym jest Ślizgonem, a ty Gryfonką.
Twarz Katie przypominała teraz buraka. Zazwyczaj to ona brała górę nad Ellen, ale ostatnio coś się zmieniło. Szara Myszka nadal nią pozostała, ale nabrała pewności siebie w stosunku do Katie. Wiedziała, że wcale nie jest od niej piękniejsza, czy bardziej inteligentna, ale w przeciwieństwie do Katie miała cudowną przyjaciółkę, której na nic by nie zamieniła.
- Nie waż się tak do mnie mówić, wredna szlamo.
- Nie zawracaj mi głowy, spieszę się – bąknęła Ellen nadal dusząc śmiech.
- Uważasz, że jesteś taka cudowna? Nikomu się nie podobasz! Masz problemy z samą sobą!
Katie wyraźnie próbowała wpędzić Ellen w kompleksy, ale nie udało się jej.
- Nie mam zamiaru tracić z tobą czasu, Perkins. Na razie.
- Głupia dziwka – warknęła Katie.

Trzyma poziom, nie powiem. No właśnie. Nie powiem.
Poza tym cierpisz na bardzo popularną chorobę nazywaną przesadyzmem tudzież przerostem ambicji nad możliwościami słowoskładniowymi. Nazywaną tak przeze mnie, ma się rozumieć. Jej objawem jest staranie się za wszelką cenę ubarwić tekst nietypowym porównaniem albo jakimś innym nietrafionym bajerkiem słownym, z czego powstaje brak logiki, ewentualnie groteska.
Krople deszczu uderzały w rynny i spływały z okien, wywołując w Ellen coraz głębszą senność, a zarazem magiczny nastrój. Na widocznym przez okno drzewie wisiały nietoperze, sprawiające wrażenie nieżywych – taaak, martwe nietoperze to faktycznie uroczy i magiczny widok.
Lochy – było to miejsce, jakich na świecie mało. – a tu bym się kłóciła. Na całym świecie jest parę tysięcy zamków, z czego w niemal wszystkich są lochy. To nie tak mało.
Po dokładnej analizie można było stwierdzić, że były to w istocie akta Ellen. Nie całe akta, ale oderwana część. – to akta czy nie akta? Pogubić się można...
Przekonanie to było silne, a zarazem nikłe i słabe. – te dwa pojęcia nie mogą iść „zarazem”. Fizycznie niemożliwym jest, aby coś było jednocześnie silne i słabe.
Poza tym błędy fleksyjne.
- Ja... pisałam wypracowanie dla Snape i zasnęłam. – w języku polskim wyrazy odmieniamy.
- Dzisiaj zajmiemy się sporządzaniem wywaru powodującym zanik pamięci. – wywaru powodującego. A tu już postęp, bo przynajmniej zaczęłaś odmieniać przymiotniki. Teraz należy jeszcze nauczyć się zasad owej odmiany i będzie cacy.
Interpunkcja i ortografia w normie. Wynotowałam zaledwie siedem braków przecinków.
Powtarzałam to juz tu wielokrotnie różnym autorom, ale powtórzę także i tym razem - myśl o tym, czy to, co piszesz rzeczywiście ma sens. Bo mogą się znaleźć tacy czytelnicy jak ja, którzy różnie interpretują pewne słowne połączenia.
9/15

Błędy:
Głównym jest mój zarzut odnośnie całkowitego pomieszania lat bohaterów kanonicznych, jakich wplotłaś w całą opowieść. Z pewnych przesłanek wywnioskowałam, że Ellen jest w wieku Harry'ego. Neville również był w wieku Harry'ego, podobnie jak Dean Thomas czy Parvati Patil, tymczasem ostatnią trójkę cofnęłaś do klasy piątej. Nie jestem pewna, czy się przez to troszkę nie obrazili...
Więcej Twych grzechów nie pamiętam.
12/15

Bohaterowie:
* pomysł

Jak już wspominałam wcześniej, koncepcja dziewczyny, która w pewnym wypadku straciła pamięć jest nienajgorsza, a nawet całkiem ciekawa. Trochę mniej za to pomysł, aby zrobić z niej smęcącą samotniczkę użalającą się nad swoim losem.
W gruncie rzeczy wszystko przebiega standardowo. Jest najlepsza przyjaciółka, jest wróg, są jacyś tam znajomi. Standardowo znaczy jednak trochę oklepanie. Pozytywnym jest fakt podwójnej osobowości Katie łamane przez Susan no i właściwie tyle, jeśli chodzi o przemyślaną rolę bohaterów pobocznych.
Wszystko jest mętne, a bohaterowie nie wyróżniają się niczym szczególnym.
3/10

* przedstawienie
Podobnie jak w podpunkcie wyżej. Mętnie i z ciastoliny. Ślady jakichkolwiek osobowości ciężko jest dostrzec, a jakby tego było mało Twoi bohaterowie czasem zachowują się w sposób dość dziwny i nieprzemyślany. Aby nie być gołosłowną, podeprę się paroma przykładami. Lub raczej parą przykładów, bo jest ich dwa.
Panowała tu radosna atmosfera, która natychmiast udzieliła się Amy. Na jej twarzy zagościł wreszcie uśmiech, niestety w przeciwieństwie do przyjaciółki.
- Może byś przestała się w końcu dąsać? – warknęła na Ellen. – Wiem, że masz problemy, ale nie jesteś pępkiem świata i mogłabyś czasem o nich zapomnieć i uśmiechnąć się!

Nie ma to jak oddanie i wsparcie ze strony wiernych przyjaciół.
- Avada Kedavra!
Frank padł trupem.
– Cholera! – wrzasnął Alex.

Boska reakcja. Taka adekwatna do powagi sytuacji. „Przyjaciel mi zmarł! Kurczę! Spadam stąd!” Heloooł!
Nie, nie polubiłam ich. Właściwie ciężko polubić kogoś, kogo się w ogóle nie zna.
0/5

* marysuizm
Poniekąd muszę Ci przyznać rację w twierdzeniu, że główna bohaterka jest marysuistyczna. Spójrzmy prawdzie w oczy. Niemal cały Hogwart drży o to, aby przypadkiem nie dowiedziała się prawdy o sobie (co zresztą również jest trochę dziwne, bo z jednej strony nie chcą, aby wiedziała, a tu nagle zza rogu wyskakuje McGonagall z pamiętnikiem jej matki - i o co chodzi, hę? Hipokryzja?), a Ellen jest obdarzona taką siłą perswazji, że udało jej się przekonać samego Dumbledore'a do zmiany zdania. Takich umiejętności pozazdrościłby każdy adwokat. Starałaś się przed tym bronić, robiąc z niej szarą myszkę no i trochę wywojowałaś, bo nie tyle sama Ellen posiada cechy bohatera opętanego przez Mary Sue, a sytuacja dziejąca się wokół niej.
6/10

Punkty dodatkowe:
Ładny szablon. Widać, że masz gust. Pomysł też nienajgorszy, jednakże chybione wprowadzenie go w życie. Może to brak doświadczenia? Nie wiem i nie będę w to wnikać. Zastanawiam się, za co mogłabym przyznać punkty dodatkowe, bo chciałabym to zrobić, aby nie wyjść na totalnego potwora (choć właściwie dostałam na to oficjalne pozwolenie, jak wspominałam na początku), a poza tym osłodzić trochę wszystko jakąś pochwałą, bo Twój wytwór wcale nie był przeze mnie odebrany całkowicie negatywnie.
Ha. Więc za przebłyski pozytywności mimo wszystko.
6/10


Podsumowanie:
Uzyskałaś 70 punktów, co daje Ci ustabilizowaną pozycję w kategorii Średniak. Nie mam nic do dodania. Dziękuję za uwagę. Kłaniam się niziutko i życzę powodzenia.

Pistacja

komentarze [2]


Ocena nr 19 - severus.blog.onet.pl >> piątek, 18 stycznia 2008 12:20:21

Oceniam: Żona dla Śmierciojada

Mówcie co chcecie: jestem z siebie cholernie dumna, a liczba stron robi wrażenie...

*pierwsze wrażenie :
Również wiele o szanownej autorce Galii oraz jej dziele słyszałam, słyszałam wiele pozytywnych osądów, więc grzechem byłoby nie przeczytać tego wychwalanego pod niebiosa fanficka. Oczywiście z własnej woli bym tego nie zrobiła, ponieważ za bardzo nie lubię profanacji Snape’a. Dlatego też wchodzę sceptycznie nastawiona – kto jak kto, ale Sinis najmniej się sugeruje ocenami innych. Khm, sama jest „inna”.
Prawda – nie lubię onetu, bo jest brzydki, są reklamy (chociaż na mylogu również się zaczęły hurtowo pojawiać) oraz ma beznadziejne archiwum. Szanowna autorka miała jednak spis treści, więc w końcu dojrzałam ten przydatny gadżecik i cała operacja kopiowania do Worda przebiegła o wiele sprawniej.
Tytuł „Żona dla Śmierciojada” usilnie kojarzy mi się z komedią, bądź czymś lżejszym, a parodia związków panny X oraz Severusa Snape’a (albo mi się przyśniło, albo autorka tak gdzieś napisała... że to parodia oczywiście) jakoś tak nastraja mnie pozytywnie. Nie oszukujmy się – „Nietoperz” nadaje się wręcz bosko do parodii.
No, ale tamta grafika była stokroć lepsza i ładniejsza od tej!

8/10

*wygląd:
~szablon
Byłam zawiedziona, kiedy po raz tysięczny w ciągu mojej ponad miesięcznej przygodzie z „Żoną...” weszłam na Twojego bloga, szanowna autorko, aby sprawdzić, czy nie pojawiło się coś nowego i zobaczyłam TO. Jeśli miałabym być obiektywna to powiedziałabym, iż da się na to patrzeć oraz że to sprawa raczej osobistego gustu, ale, na chwałę srebrnego miecza, nie jestem obiektywna.
Uważam, że na onecie dużo korzystnej wyglądają jasne kompozycje kolorów, dlatego też poprzednia grafika wyglądała ładnie i schludnie – przypadła mi do gustu. Poza tym tamten obrazek był taki niewinny i sielankowy – tak to się ciekawie komponowało z samą historią. Bo ich życie nie należało do tych sielankowych – szczególnie biednej pani Snape. No, ale grafika była – grafiki nie ma. Zajmijmy się obecną.
Kiedy pierwszy raz ją zobaczyłam pomyślałam, że jest brudna, ciemna i kiczowata. Później uznałam, że dla kogoś innego mogłaby wydawać się strawną. Obrazek sam w sobie nie jest brzydactwem, powiedziałabym nawet, że gdzie indziej umieszczony byłby ładny i oddający charakter Yen... chociaż nie do końca, prawda? Kokietka w stylu kurtyzany to nie do końca jest Yenlla, może dlatego jestem zawiedziona Twoim jej postrzeganiem (bosz, właśnie narzucam autorce, że nie tak jak ja bym chciała odbiera własną postać – niezła jestem, nie?). Poza tym różdżka nie pasuje do pani Snape. Ani trochę... A maska zalatuje Śmierciożercą. Po prostu, według mnie, to jest jakaś jedna strona Yen, przydałaby się może druga Yen ze słodkim uśmieszkiem i w cukierkowej oprawie... Ale ja się tam nie znam.
O Boże!, to jest Bellatrix? Po kiego czorta Ci Bellatrix na grafice! Powinnaś dostać szpilką od Yen... zdecydowanie, i niech ona sama zadecyduje, gdzie tym powinnaś dostać.
Menu mamy pod obrazkiem. Troszkę małe są jak dla mnie te literki, i brzydka czcionka. Chociaż od biedy może być. Tyle, że ja osobiście postawiłabym na widoczność menu, a odrobinę zmniejszyłabym czcionkę tekstu głównego. I wyjustowałabym ten tekst i to koniecznie (jak dla mnie możesz tylko wyrównać do prawej i do lewej żółty tekst).
Poza tym nie mam żadnych innych pretensji co do głównej strony. Przejdźmy do podstron:
Tam, gdzie króluje menu mamy podobiznę mrocznego Severusa Snape’a. Takiego z poważną miną, w zielonej poświacie, normalnie tylko och i ach. A nad nim mamy „My name is Love” – pomocy...? Tutaj jest ładnie i estetycznie, jeśli miałabym być obiektywna. Subiektywnie uważam znowu, że zdecydowanie jasne kolory bardziej służą onetowi. Nawet znośnie wygląda wyrównanie czcionki do środka.
Potem mamy albo tylko ciemne tło, albo powtórkę z grafiki z głównej strony.
To na pewno jest Bellatrix?
(Powiedz, że nie...)
Jeszcze jedna mała dygresja. Dziwnie podpisujesz ilustracje użyte na grafice (albo tego nie robisz). Gdybyś po prostu napisała zamiast Credits czy Zapożyczone po prostu: Ilustracje. Bądź coś bardziej elokwentnego, jeślibyś wpadła.

11/15

~dodatki
Muszę z przykrością stwierdzić, iż byłam zmuszona w Wordzie pousuwać obrazki oraz cytaty z początków kolejnych odsłon, gdyż czytanie trzystu stron na komputerze nie byłoby w moim przypadku zbyt inteligentnym pomysłem, a szanuję swoją drukarkę i nie dałabym jej tyle do drukowania. Jednak pomysł na takie motywy bardzo mi przypadł do gustu. Jakoś tak, ma się wrażenie, że wkładasz w to duże pokłady samodyscypliny i traktujesz „Żonę...” w sposób szczególny. Ach, sentymentalizmem trochę zaleciało. Ale to nic.
Chodźmy dalej:
Instruujesz jak ściągnąć pliki muzyczne… a potem jest parę dodatków o samej „Żonie…”, gdzie mieszczą się opisy czwórki bohaterów oraz małe opowiadanie o miłości małej Yen. Jestem w sumie rada, że nie postanowiłaś opisać wszystkich bohaterów (trochę byłoby ich i musiałabym czytać o wiele więcej treści, a sądzę, że zupełnie niepotrzebnie). W tej miniaturce wyłapałam jeden błąd, dość rzucający się w oczy: „niemiało” – miało (co robiło?) – czasowniki piszemy rozdzielnie z „nie”. Sama miniaturka podoba mi się bardzo, a jeśli chodzi o opisy bohaterów: czy Kittany Timohowitz z domu Silverwand odegra jakąś większą rolę oprócz ten słynnej listy prawdopodobnych szpiegów? Może rola była ważna, ale czytelnicy i tak nie poznali pani Timohowitz.
A potem całe morze odwołań do opowiadań i ocen.

6/5

*treść:
~pomysł
Znowu się rozczarowałam. Myślałam: „Skoro to takie genialne to na pewno oryginalne”. Pfff... pomysł nawet nie jest Twój, szanowna autorko! Pochodzi ponoć z opowiadania „Wybór”, mam rację? Ja rozumiem inspiracja i te sprawy, ale dla mnie to nie jest zbyt zaszczytne. No, ale w końcu blogowe opowieści rządzą się własnymi, czasem dość osobliwymi, prawami.
Pomysł jak to pomysły czasem mają – banał. Małżeństwo Snape’a i panny XYZ. No i dobra.
Cóż można jeszcze powiedzieć, żeby ocena nie była zbyt krótka... Hm, być może to banał i to jeszcze zapożyczony banał (niestety głównej inspiracji nie widziałam i nie mogę porównać, dlatego też naiwnie wierzę, że tylko pomysł żony dla mistrza eliksirów nie jest Twój, a nie to wszystko ze współczulnością, zdemaskowaniem Snape’a i te wszystkie rzeczy, które naprawdę mi się podobały, i za które podziwiam). Może to i zapożyczony banał, ale sama idea stworzenia parodii (jeszcze nie pamiętam, czy przyśniło mi się, że tak mówiłaś, szanowna autorko, czy też nie) wielkiej miłości Snape’a jest szlachetną ideą. Tak – dokładnie to chciałam powiedzieć.

2/5

~fabuła
Z tego co sprytnie wyliczyłam, rzecz jest alternatywą piątego tomu o Harrym Potterze. Albus Dumbledore, zaniepokojony humorami swego naczelnego Nietoperza, wpada na iście genialny w swej prostocie plan. Z tego, co czytamy najprawdopodobniej najpotężniejszy czarodziej tych czasów umyślał, iż ożeniony Nietoperz równa się posłusznemu Nietoperzowi. Z tego, co ja sama zrozumiałam to dyrektor Hogwartu uznał w swej prostolinijności, że ucieszy swego szpiega pewną dozą miłości i uwielbienia przez żonę, no i trochę to pierwsze. To jak to rzeczywiście wyglądało pozostawiam autorce. Oczywista najlepszą żoną będzie nasza gwiazda najjaśniej świecąca na tym pochmurnym i szarym niebie zwykłych istnień – Yenlla Honeydell! Wkracza do akcji najprawdopodobniej najpiękniejsza i najbardziej bezczelna czarownica tych czasów. Oczywista cała intryga powiodła się wyśmienicie – ba!, należało tylko upić Snape’a i nałoży facet na palec wszystko, co mu pod nos podsuną. A potem mamy do czynienia już nie z komedią – to jest raczej horror. Oczywista dla pani Snape...

Pierwsze, co chciałabym poruszyć, to czas akcji prezentowany w „Żonie...”. Na początku miałam pewien problem z umiejscowieniem wydarzeń w czasie. Nie ma o tym ani słówka. Na początku podajesz skąpą (nagą) wiadomość o rodzicach Harry’ego Pottera, później pamiętam tylko totalny mętlik, a potem na szczęście podałaś wiek Severusa Snape’a, więc można było sobie to policzyć. Aż w końcu ukazał się sam pan Potter. Teraz już nie mam wątpliwości, co do czasu akcji, ale sądzę, że zrobiłaś duży błąd, nie informując od razu czytelników co to za czasy, ponieważ naprawdę można się zgubić.

Najwięcej zastrzeżeń mam ogólnie do fabuły. Zacznijmy więc od nich:

Zaskoczyło mnie to, że jednak rzecz dzieje się w piątym tomie (raczej jest jego alternatywą, w ogóle nawet, gdyby to nie te czasy, to i tak byłaby to alternatywa... pani Snape jest swoistą alternatywą). Brakowało mi tutaj naszego świętego trio. Tak jakbyś pod wpływem uroków Yen totalnie zapomniała, że Lord Voldemort głównie chce dopaść Pottera, że Potter posiada manię ratowania świata i wciskaniu nosa w cudze sprawy i wiele innych ważnych aspektów z życia naszego głównego bohatera Harry’ego po prostu pominęłaś. Nie mówię, że ma to być od razu opowieść o Potterze – co to, to nie – chodzi mi raczej o to, że Snape pewnie wkurzałby się co i rusz na tego „niewinnego” chłopaka i nawet pani Snape by to nie ominęło. Za mało szumu wokół jego głośnej osoby. Na pewno pamiętasz go, szanowna autorko, z oryginalnej książki – jestem przekonana, że nie był tak cichy i na pewno nie byłoby tak cicho wokół jego osoby. Za to masz jeden minus.

Ogólnie wszystko kręci się wokół Severusa Snape’a oraz jego szanownej małżonki (szczególnie wokół jego szanownej małżonki). Rozumiem, że wokół Yen musi się wszystko kręcić, jest to rzecz zrozumiała. Tyle że w historii. Ty jako autor powinnaś wiedzieć, że te chabrowe oczy, puszyste loki oraz jedwabie i słodkie uśmiechy mogą zmęczyć czytelnika. Szczególnie jeśli występują w sąsiedztwie soczystych awantur oraz nie mniej soczystego seksu przez ponad dwieście stron w Wordzie. To tak jakby wszystko stanęło w końcu w miejscu, czas nie płynął, a państwo Snape to się kłócili, to współżyli. Wątków pobocznych jest naprawdę niewiele, a te które są pokusiłabym się o nazwanie epizodami. Dopiero pod koniec zaczynało się coś dziać, ale w Hogwarcie pewnie będzie to samo – kłótnia, seks, kłótnia, seks, kłótnia, a potem Sinis mająca gdzieś ich dziecinne sprzeczki i idąca sobie zrobić kawę i mająca dziwne przeczucie, że jak wróci zasta ich w namiętnym uścisku. Radzę Ci, żebyś może sama pokusiła się o wprowadzenie na stałe wątku Harry’ego Pottera i polowań na niego przez Lorda Voldemorta – to w sumie była bardzo ważna cześć książek. Oczywiście ufam, że i tak rozwiniesz całkiem zachęcająco zapowiadający się wątek Snape’a zdemaskowanego, ale więcej innych postaci, a mniej Yen – to po prostu musi Ci wyjść na zdrowie.

Następnie zwróciłam szczególną uwagę na chrześcijanizm przewijający się w Twojej historii. Molly Weasley myśląca jak katolicka babuleńka, była również mowa o jakiejś szkole dla Yen prowadzonej przez siostry zakonne (bądź coś w ten deseń, nie pamiętam, a nie mogę niestety tego znaleźć – zawsze tak jest, jeśli czegoś szukasz, nigdy, a to przenigdy nie znajdziesz). Pamiętam, że Rowling zrobiła z czarodziejów chrześcijan, ale sądzę, że takie skrajne myśli, czy postępowanie według katolickich zasad nie pasuje tutaj. Poza tym w Anglii dominuje protestantyzm, a wtedy te zasady są mniej rygorystyczne. Zresztą – takie małe zgrzytnięcie, drobiazg w sumie.

A teraz najlepsze (tylko nie wiem dla kogo...): orgie i libacje alkoholowe w Hogwarcie. Może ja jestem z tych „dziwnych i innych”, ale ja tego typu rzeczy po prostu nie trawię. Nie jestem jakąś niewinną dziewicą z kwieciem we włosach, jednak w świecie pani Rowling takie... khm... rzeczy brzmią sztucznie i są nienaturalne w swej naturalności (jak to Yen błyskotliwie zauważyła, że młodych ludzi od takich... znowu to słowo... rzeczy się nie uchroni). Jeszcze mogłabym przełknąć ze sporą łyżką miodu, gdyby były to orgie i libacje jakoś tak subtelnie przekazane, ale Ty, szanowna autorko, poszłaś na całość. Po prostu... gdyby się to dało jakoś ominąć? Nie, to bez sensu – orgie i libacje są złe. A w szczególności homoseksualizm. SZCZEGÓLNIE homoseksualizm i wizja Severusa Snape’a w objęciach mężczyzny... brrrblefuj... Yen ma naprawdę chorą psychikę. Biedne dziecko – jakby to powiedziała pani Weasley. Powiem Ci tylko jedną rzecz – gdyby pani Rowling od razu pisała Harry’ego Pottera nie jako książkę dla dzieci, przełknęłabym to i bez łyżki miodu. A tak po prostu nie mogę. Te wszystkie biedne dzieciaczki. Jednakowoż pomysł klubu Ślizgonów bardzo mi się podobał. To było takie buntownicze, w ich stylu i nie naruszało świętej zasady niewinności i cnoty. Nawet jeśli znosiliby tam nielegalnie butelki Ognistej i rżnęli w pokera.

Poza tym Yen, którą zaliczyło grono pedagogiczne... nie i jeszcze raz nie. Rozumiem śliniące się grono pedagogiczne, ale nie ZALICZĄCE. Chyba wyraziłam się jasno... nie?

Uważam, że co najmniej przesadziłaś z Mary Sue i Snapem, który takową zna. Jak na 1996, kiedy jeszcze blogów najprawdopodobniej na świecie nie było, to Severus Snape ma zadziwiająco prorocze opinie. Czyżby był wyrocznią? Poza tym, nawet gdyby, nie sądzę, aby Nietoperz babrał się w internetowym chłamie. W ogóle jak to brzmi! Litości! A jak sobie to wyobrazić to jest jeszcze gorzej...

To chyba na tyle spraw, które mi się nie podobały.

Pani Rowling dosyć ostro i wyraźnie zaznaczyła granicę dzielącą świat mugoli oraz świat czarodziejów. U Ciebie, szanowna autorko, te granice mocno się zacierają. Czarodzieje w Hollywood, czarodzieje wiedzący o wielu sprawach typowo mugolskich. Uważam, że to jak przedstawiłaś ten świat bardziej mi się podoba. Jest o wiele realistyczniej niźli w (moim zdaniem) mocno niedopracowanym świecie u samej Rowling. Tylko chciałabym zwrócić uwagę na środki masowego przekazu w świecie czarodziejów. Uważam, że kino i telewizor zupełnie odpadają – nawet zmienione magią tak, żeby działały. Radio w czarodziejskim świecie normalnie działa... a może to czarodziejskie radio. Hm, nieważne. Czarodzieje chodzący do teatru, do opery, do bibliotek – nawet tych mugolskich – jestem bardzo na tak. Tylko, czy Ty również nie uważasz, że za dużo byłoby zachodu z przystosowaniem urządzenia do magicznej aury? Czy to w ogóle możliwe (dajmy na to, że u Ciebie, szanowna autorko, jest możliwe)? Czyli: mieszanie się tych światów jest bardzo fajne w moim mniemaniu, ale też trzeba mieć umiar.

Poza tym nie mam żadnych zastrzeżeń, a to na czym najbardziej mi chyba zależy to wprowadzenie innego wątku niż małżeństwo Snape’ów. A Lord Voldemort na sto procent ma też inne sprawy na głowie oprócz Yen – na przykład Harry’ego, który jako jedyny może go zabić...

10/20

~opisy, dialogi
Jeśli chodzi o tę kategorię to bardzo intryguje mnie narrator. Jest bardzo stronniczy. Przynajmniej na początku historii ma się takie dziwne wrażenie, że trzecioosobowy narrator jakby faworyzuje parę małżonków i przy okazji ma wrogi stosunek do wszystkich innych bohaterów. Może to dlatego, że dominującą rolę w opowieści mają właśnie państwo Snape? Nie wiem, ale wiem, że później jakoś jest to mnie widoczne, choć nadal, wydaje mi się, że ta istota przemyca cichaczem swoją stronniczość.

Poza tym jestem bardzo pod wrażeniem. Masz, szanowna autorko, lekki styl, w sumie żadnych zgrzytów, bo czyta się przyjemnie i płynnie. Wtrącasz kolokwializmy oraz jedną próbę słowotwórstwa, co niesłychanie dobrze prezentuje się w tym tekście. Opisy są wyczerpujące, ale nie ma ich za dużo, są wtedy, gdy potrzeba i nie „przynudzają”. Cud, miód i orzeszki... eee, nie lubię orzeszków, szczególnie solonych...

Dialogi są dobrze napisane, nie pamiętam, żeby mi coś zgrzytnęło (jeśli zgrzytnęło to spodziewaj się tego, szanowna autorko, w kategorii „przedstawienie bohaterów”). Kiedy trzeba są tragiczne, oddają charaktery, nastrój, a nawet kiedy trzeba są zabawne. Szczególnie podobają mi się niektóre odzywki mistrza eliksirów – są bezbłędne.

9/10

*błędy
To zaczynamy zabawę.
Najbardziej rażą literówki. Na przykład mistrz eliksirów powiedziała, albo Yen miał. Zdarzyło Ci się, szanowna autorko, nawet nie opuścić linijki przy nowym dialogu. Strasznie mnie to irytuje, a przecież tak łatwo te błędy zniwelować do liczby znośnej. Jakbyś przed dodaniem przeczytała rozdział jeden raz więcej na pewno wyłapałabyś większość z tych literówek – gwarantuję Ci to, szanowna autorko.

- „(...)wrzasnął nagle profesor Snape, a aż nazbyt czytelna ostrzegawcza nuta w jego głosie zamknęła usta nawet samemu Alusowi Dumbledore’owi.”
W tym zdaniu nie ma nic błędnego oprócz tego, że aż roi się w nim od słów. Tak, tak... od słów. „a aż nazbyt czytelna ostrzegawcza”, ciągnie się to jak glut. Wystarczy tylko „ostrzegawcza”. „zamknęła usta nawet samemu Albusowi...” – a tutaj wystarczy tylko, że „zamknęła usta samemu Albusowi...”. W sumie drobiazg, ale jakoś tak zwróciłam na to uwagę.

- „(...)z wściekłości zębami.”
Ze wściekłości. Sądzę, że nawet lepiej zapowiada się dla języka.

- „(...) czmychnęły, zmiażdżone wzrokiem przez swoją panią.”
Uważam, że „zmiażdżone” brzmi strasznie tragicznie. I do tego wzrokiem. Lepiej (szczególnie dla tych biednych skrzatów) by brzmiało: „czmychnęły pod miażdżącym wzrokiem swojej pani”.

- „(...) opadła bezsilnie, zrezygnowała na krzesło.”
Zrezygnowała na krzesło? Sądzę, że chodziło, że była ona zrezygnowana, ale wtedy bez przecinka po „bezsilnie”.

- „(...)wszelkie dyskusję(...)”
Nie jestem pewna, ale wydaje mi się to być literówką. Jednak nadmienię, że „ę” na końcu wyrazu dajemy przy liczbie pojedynczej, a tutaj takowiej nie mamy, więc „e” w zupełności wystarcza.

- „(...)Czarny Lord(...)”
Już zostańmy, proszę Cię, szanowna autorko, przy obowiązujących w kanonie nazw na Lorda Voldemorta, okej?

- „(...)do pokoju ponownie władowała się Yen(...)”
Wybacz, że poprawiam samą Autorkę, ale Yen się nie władowuje do pokojów! Władować to się może Tonks ze świńskim ryjkiem, a Yenlla Honeydell przekracza próg lekkim krokiem i stąpa jakby leciała w asyście czarujących uśmiechów oraz aury zakłopotania wszelkiego ludu posiadającego... genitalia. Mam rację?

- „(...)Oklumencji(...)”
Sprawdzałam w książce. Oklimencję pisze się z małej litery.

- „(...)mogły najwyżej budzić kpiny(...)”
Budzić jedną kpinę. Nawet jeśli wielu osób.

- „(...)Tomek”
Khm, to się dzieje w Anglii, nie? To chyba Tommy, czy jakoś tak.

- „(...)przypominał Snape’owi elfa [Lucjusz Malfoy](...)”
U Rowling elfy to małe stworzonka, które pomagają św. Mikołajowi. A Lucjusz Malfoy na pewno tak nie wygląda! Czyżby chodziło Ci, szanowna autorko, o elfy Tolkiena? Takich nie ma w HP.

- „(...)nie małym skandalem”
„Małym” jest przymiotnikiem, więc będzie pisany łącznie z „nie”.

- „(...)chwycił ją za długie włosy, bo ze tę część ciała(...)”
Włosy to włosy, nie żadna cześć ciała.

- „Ogień wesoło trzaskał na kominku(...)”
Ogień zazwyczaj trzaska w kominku...

- „Zamrugała oczami szczerze zdziwiona.”
Zamrugała oczami jakoś tak niefortunnie brzmi. Byłoby o wiele lepiej, gdybyś usunęła „oczami”. Przecież wiadomo, że nie mruga się ustami, nosem, brzuchem, tylko powiekami.

- „(...)mag pokroju dyrektora Hogwartu(...)”
Mag kojarzy mi się z klasycznym fantasy. Nawet pani Rowling nie użyła ani razu tego terminu w swoich książkach. Może lepiej zostać przy starym, dobrym czarodzieju?

- „Musiało mi wyjść z głowy.”
Musiało mu wypaść z głowy, jak mniemam.

- „Home sweet home”
Sprawa jest dość skomplikowana, radzę się skupić. Jesteśmy w Anglii, a tamtejszym urzędowym językiem jest angielski, ale Ty piszesz po polsku, bo chyba byłoby Ci trudno pisać po angielsku. Jak sentencje w języku łacińskim, czy bohaterowie używający francuskiego, bądź niemieckiego tak nie drażnią, to angielski w tekście, którego akcja dzieje się w Anglii, a jest pisany po polsku odrobinę denerwuje. Proszę, nie używaj więcej angielskiego w tego typu tekście.


Nie podoba mi się również, kiedy używasz, szanowna autorko, w zastępstwie imienia danej postaci to, w jakim domu została kiedyś umieszczona przez Tiarę Przydziału, kiedy uczęszczała do Hogwartu. Nie mieszajmy w to Hogawrtu. Uczniów tejże placówki tak sobie zastępuj, ale daj spokój dorosłym czarodziejom. Zgoda?

To teraz błąd niejęzykowy:
Jest taki moment na samym końcu rozdziału „Zakochany wilkołak” w części pierwszej, kiedy Yen teleportuje się z terenu Hogwartu. Biedna panna Granger, tyle się nagadała, że nie wolno, a i tak nikt jej nie słucha. Później pisałaś, kiedy się teleportowali, że była jakaś strefa, gdzie można było spokojnie to zrobić. Czyżby przeoczenie? (byle nie moje...)

I jeszcze jeden:
Prefekci mieli prywatne kwatery? Coś mi się wierzyć nie chce... Chyba, że po prostu wymyśliłaś to dla potrzeb historii... w sumie mogę wybaczyć.

Reasumując, błędów jest naprawdę niewiele. Gdyby się tak mocno zastanowić, to największym problemem tego tekstu są literówki, które pojawiły się szczególnie pod koniec mojego czytania.

12/15

*bohaterowie:
~pomysł
O pomyśle na Severusa Snape’a nie ma w ogóle co mówić. Jest taki sam jak go wykreowała pani Rowling (pomimo tych kilku zgrzytów, jak Mary Sue, papierosy, ale o tym później). Bardzo nie podoba mi się, że zrobiłaś z zamkniętego w sobie, gburowatego i stroniącego od ludzi mężczyzny nałogowego palacza, alkoholika oraz playboya. To po prostu nie pasuje – chyba domyślam się, co chciałaś tym przekazać, ale przesadziłaś. Pomysł z żoną dla mistrza eliksirów wyszedł Ci, szanowna autorko, bardzo fajnie, choć powód tej sytuacji jest dosyć niejasny dla mnie. Ale może to i lepiej... Ogólnie rzecz ujmując pomysł, który widzimy dopiero pod koniec tego, co już napisałaś, na tę postać jest bardzo fajny. A pomysł, który widać na samym początku bardzo fajnie Ci wyszedł. O.

I nasza druga połówka Nietoperza, wspaniała, doskonała, śliczna, utalentowana, inteligentna, czarująca, zmysłowa oraz niezastąpiona Yenlla Honeydell! Fanfary proszę! Tutaj mamy większe pole do popisu, gdyż postać żony dla Śmierciojada jest Twoja (a przynajmniej Twoja, szanowna autorko, i autorki „Wyboru”). Jest to kobieta tak złożona, że nawet Shrek ze swoją cebulą może się wypchać, a Osioł z tortem (choć tort bardziej by chyba pasował). O niej można tworzyć powieści, a ja mam się zmieścić w czasie antenowym i zupełnie nie wiem, co by tu inteligentnego o niej napisać. Nie wiem, co jest ważne, a co nie. Czuję, że cokolwiek o niej powiem będzie za mało. Yen raz jest wielką gwiazdą, raz niezrozumianą artystka, raz współczulną czarownicą (pomysł na współczulnośc jest Twój, czy zapożyczony? Jestem bardzo za tym pomysłem, uważam, że jest idealny... i nie wiem komu go gratulować), raz intrygantką bez skrupułów, raz wrażliwą dziewczynką i tak dalej... Piękna, inteligentna, kusicielka. Nie ma takiego mężczyzny, który by jej nie kochał i kobiety, która by jej nie nienawidziła.
Kobieta ta przeżyła tortury Mrocznego i teraz ma małe kłopoty ze sobą. Wspomniany Lord jakoby chce się z nią rozliczyć, ale ja jakoś nie kupuję za bardzo tego pomysłu. Może to wina przedstawienia, ale sądzę, że Czarny Pan ma też inne, ważniejsze sprawy na głowie niż tylko i wyłącznie uganianie się za Yen. Oczywiście nie przedstawiłaś jakoś szczegółowo Lorda Voldemorta, więc pewnie nie tylko chce dopaść wspaniałej Yen, jednak odwrotne wrażenie ma się, kiedy czyta się całą historię.
Chciałabym również poruszyć sprawę młodości pani Snape. Nie wiadomo skąd się u niej wzięła psychika kokietki oraz artystki, gdyż rodziców miała bardzo konserwatywnych. Skąd u niej takie zachowanie? Nie od rodziców, to na pewno. Wspominasz o babce kobiety – ona miała coś z tym wspólnego? Hogwart (w którym urządzano te nieszczęsne orgie i libacje)? A może to rozpieszczanie Yen przez całą rodzinę oraz to, że wszystko zawsze miała podane na tacy?
Oczywiście nie powiedziałam wszystkiego, co bym chciała o tej czarownicy, ale myślę, że powinno wystarczyć. Uważam, że to perełka tej historii... tyle, że jest jej odrobinę za dużo i człowiek czuje przesyt. A przynajmniej ja.

I to są bohaterowie najdokładniej przedstawieni. Później mamy:

a) Pana Syriusza Blacka. Mężczyzna, który uciekł z Azkabanu i utknął w swoim domu na czas nieokreślony. U Ciebie, szanowna autorko, jest nie myślącym dupkiem, który marzy wyłącznie o seksie. Narrator jest do niego strasznie uprzedzony. A przecież nie było tak do końca u pani Rowling – owszem był nieco zagubiony w świecie rzeczywistym, owszem pił, ale nie aż tak. Poza tym nie wierzę, że jest aż takim skurwysynem (za przeproszeniem... khem).
b) Albusa Dumbledore’a. Najprawdopodobniej najpotężniejszy czarodziej tych czasów, który to wymyślił cały spisek połączenia Snape’a oraz Honeydell świętym węzłem małżeńskim. Jestem w stanie przełknąć ten jego „genialny” plan zatrzymania Severusa Snape’a w Zakonie Feniksa. To w sumie, jak się tak dobrze zastanowić, do niego pasuje. To jedna z tych postaci, które (uważam), że zasługują na miano mocniejszej strony historii, choć pokazują się stosunkowo rzadko.
c) Molly Weasley. Pani Matka i opoka całego Zakonu Feniksa. Jej zapędy do matkowania wszystkim oraz przekonanie, że to ona wie najlepiej doskonale tutaj pasują. Oprócz kwestii, że chrześcijaninowi nie przystoi (czy jak to tam szło) również nie mam jej nic do zarzucenia.
d) Maela Barda. Postać wymyślona (mam nadzieję, że przez Ciebie, szanowna autorko), która obrazuje wszystkie stereotypy artysty. Biedny, średnio utalentowany, niezależny. Miał romans z panią Snape i zadedykował jej tomik wierszy średniej jakości. Niech mu będzie... Mam nadzieję, że się kiedyś jeszcze pojawi, bo jest na swój sposób uroczy, co i irytujący.
e) Remusa Lupina. Miałam taką dziwną myśl, że w twoim dziele, szanowna autorko, że Lupin w ogóle nie nadaje się na prawdziwego mężczyznę. Tak jak i w oryginale. Wrażliwy, taktowny, nieśmiały – w ogóle żadnych cech tego prawdziwego mężczyzny. Jest obiektem uczuć (bądź interesów) dwóch pań, z czego jednej nie zauważa, a drugą wprost uwielbia. Lubię ten wątek – wychodzi nam tutaj chorobliwa próżność Yen.
f) no i oczywiście cały wachlarz bohaterów mniej ważnych, bądź bardziej. Szalonooki, Tonks, uczniowie Hogwartu (w czym Harry i spółka, niestety), Minerwa McGonagall (Żelazna Dziewica), nauczyciele, skrzaty i tak dalej. Każdy ma coś do powiedzenia i chwała za to.

Reasumując, chciałam tylko powiedzieć to, co w wyższych kategoriach – za dużo związku snapowego. Ta historia ma naprawdę niewiele wątków pobocznych, a pasowałoby ich trochę więcej. Nie tylko miłość Tonks do Lupina, Lupina do Yen oraz wybryki Blacka (oczywiście związane z Yen). Coś tam pewnie jeszcze było, ale ulatuje z pamięci, niestety.

8/10

~przedstawienie
Nie podoba mi się niektórymi fragmentami przedstawienie Severusa Snape’a. Mistrz eliksirów jako palacz, alkoholik, playboy u mnie po prostu nie przejdzie. Pamiętam, że tłumaczyłaś, dlaczego mężczyzna pali mugolskie papierosy, ale i tak, kiedy tylko pojawiało się to słowo, dostawałam dreszczy na całym ciele. Mało przyjemnych dreszczy. W szkole to mi się on bardziej kojarzy z gburem stroniącym od ludzi, chociaż ta jego mania posiadania (Yen) jakoś tak pasuje. Poza tym Snape przedstawiony jest w bardzo prawdopodobny sposób. Jego niechęć do wszystkiego, a szczególnie do całej wojny, potrzeba spokoju i osobliwa honorowość. Nie zabrakło również jego słynnego sadyzmu, ale szarpanie tak agresywne jak w przypadku tego szarpania Yen było drobną przesadą (ale dajmy na to, że to wszystko wina Yenlli) oraz nie brakuje powiewającej szaty. Ujęłaś mnie, szanowna autorko, jego „troską” o żonę i ogólnie większością scen z nim. Oprócz kilki niuansów postać jest niemal idealna.
- „Poprosiłem, żebyś łaskawie usiadła – tupnął nogą [Snape], wskazując sofę.”
Snape tupnął nogą jak mała obrażona dziewczynka? Świat się normalnie kończy...

Do Yen w ogóle zastrzeżeń nie mam. Kobieta ta została tak przedstawiona, że ja sama już nie wiem czy prawdziwą Yen jest ta, która chciała zabić, czy ta, która przejmowała się losem całego świata po „przeprowadzce” do Hogwartu. A może obie są prawdziwe? Podoba mi się w tej czarownicy, że za bardzo to ona nie umie czarować. Gubi różdżkę, zapomina jej i za wiele w całej historii nie czaruje. Poza tym więcej nie powiem, bo i tak nie wyrażę się wyczerpująco na ten drażliwy temat najprawdopodobniej najpiękniejszej i najbardziej bezczelnej czarownicy tych czasów.

Jak już powiedziałam wcześniej nie wierzę w takiego Syriusza Blacka, jakiego przedstawiłaś. Aż takim seksoholikiem i alkoholikiem na pewno nie był. Co prawda wykazał pewną dozę człowieczeństwa pod koniec tego, co napisałaś, więc jestem dobrej myśli.

Albusa Dumbledore’a przedstawiłaś trochę bardziej jak człowieka, a nie wielkiego czarodzieja. Szczególnie podobała mi się pod koniec scena z Yen i nim w Hogwarcie. Kiedy starał się z nią porozmawiać o tym, co zaszło w domu Snape’a. Pamiętasz, szanowna autorko? Sama nie pamiętam czy kiedykolwiek pani Rowling próbowała z niego zrobić normalnego człowieka (no może kilka razy...).

Poza tym nie ma w ogóle o czym pisać. Bohaterowie są kolorowi, pełni życia i raczej nie wybierają się na tamten świat.

4/5

~marysuizm
Nic.

10/10

*punkty dodatkowe
Ogólnie to miałabym większe pretensje o rozpustny Hogwart i wszechobecną Yen (chociaż ona pewnie by nie przeżyła, gdyby nie była w centrum zainteresowania). Uważam, że historii brakuje wątków pobocznych. Czytanie przez trzysta pięćdziesiąt stron o jednym i tym samym może w końcu się znudzić. Jestem jednak dobrej myśli i mam nadzieję, że może wprowadzisz większą ilość innych bohaterów, a odrobinę mniej Yen i Snape’a. Szczególnie pomyślałabym na Twoim miejscu o Harrym Potterze, biorąc pod uwagę gdzie przeprowadzili się państwo Snape.
Poza tym całość czyta się w sposób raczej przyjemny, choć czasem rzeczywiście nużyło. Szczególna jest tu Yenlla Honeydell, która jest prawdziwą ozdobą tego fanficka. Tak dobrej postaci już dawno nie widziałam. Jestem zdecydowanie na tak.

7/10

Razem: 87 punktów, czyli Warto przeczytać, ale nie zachwyca. I nie mam nic do dodania.

Pozdrawiam:
Sinis

komentarze [2]


- >> czwartek, 13 grudnia 2007 14:11:52

Jako że zaczynam się trochę denerwować (w sumie nigdy nie możesz być pewnym co też postanowi mylog) nieobecnością współoceniających jak i swoją, dodaję notkę. Sama nie zamierzam rezygnować z oceniania, nie chcę, aby mylog porzucił drogę-do-perfekcji - po prostu. Hm, dla zainteresowanych ocena "Żony dla Śmierciojada" nie ukaże się w najbliższej przyszłości, drukarka odmówiła posłuszeństwa, a nie będę tego potwora czytać na monitorze z moimi oczkami.

Reasumując:
Blog Kreda nie zostanie oceniony, gdyż tego typu literatury nie ocenia się na tej ocenialni. Takowa jest zbyt osobista.

Sinis
komentarze [1]


Ocena nr 18 - elda-znaczy-zemsta.mylog.pl >> sobota, 10 listopada 2007 09:56:18
Ahoj, tygrysy! Murdermile wpadła w absolutny szał twórczy (poprzedzony szałem anty-twórczym) i zabiera się za kolejną ocenę. Tym razem w jej szpony dostał się blog: Elda Znaczy Zemsta i jego właśnie podda krytyce.

Pierwsze wrażenie:
W pasku wita mnie tytuł: „red sun rising.”, który nie mówi mi właściwie nic, ale w tym przypadku nie jest to jakoś specjalnie rażące – wręcz przeciwnie, wprowadza klimat pewnej tajemnicy, w połączeniu zaś z tekstem Nightwish’a na nagłówku szablonu – pozwala nam zachować dystans, a jednocześnie odpowiednio zrozumieć rodzaj pisanej przez Ciebie historii, Bogu dzięki. Tak samo jak nie kupuje się nie oznakowanych produktów spożywczych w sklepie, tak nie powinno się – a nawet nie wypada – czytać tworów, których nijak nie da się zidentyfikować – nie lubię, kiedy autor nie przejawia najmniejszego zainteresowania swoim dziełem, nie opisując go, czy też machając ręką na wszystko z nim związane oprócz tekstu. U Ciebie, na szczęście, tak nie jest – dostajemy i porządny opis opowiadania, i tytuł, i skromność i estetykę już na pierwszy rzut oka – nucąc cicho pod nosem, włączam Jakże Wielkie Google, ale nie mogę ni rusz znaleźć nic, co wskazywałoby mi na genezę adresu bloga – czymże jest Elda? Widzę jedynie, że istnieje miasto w Hiszpanii o tej samej nazwie, ale.. Ale to chyba jednak nie byłby traf w dziesiątkę.

9/10

Wygląd
*szablon

Co my tu mamy? A rudowłosą dziewoję z Pachnidła, ciągnącą się milami po prawej stronie szablonu (swoją drogą, gdybym miała posiadać tyle osobowości, popełniłabym sepuku), kwiatowe wzory, swoją bielą oblegające nagłówek, oko, wyglądające na kocie, łypiące na mnie zza owej flory oraz fotografia Minas Thirith, co od razu nastraja mnie pozytywnie – w końcu ja, ogromna fanka Władcy Pierścieni, nie mogłabym stalowymi nożycami bezczelnie odciąć punkty za element swojego ulubionego fantasy, prawda? Tony szarości, osłabione nieco i zrównoważone przez wściekle rude włosy dziewczyny i jej jasną cerę, są jak najbardziej poprawne – wprowadzają chłodny, niezwykły klimat, który wręcz zachęca do zagłębienia się w gąszcz historii, co zapewne zrobię niebawem. Estetycznie, schludnie i przyjemnie, a że szablon jest Twojej własnej roboty, to kłaniam się tym bardziej – jedynie, co mi nie pasuje, to czcionka – ale to prawdopodobnie dlatego, że jestem z góry uprzedzona do każdej, która nie jest verdaną dziewięć. Ha! I ja tu mówię o tolerancji..

13/15

*dodatki
Linki poukładane schludnie, tak, jak zapewne każdy chciałby mieć posegregowane kapelusze w szufladach – spis treści również, widoczny i obejmujący wszystkie rozdziały, pomagający w łatwej komunikacji w obrębie bloga. Archiwum nie ma, ale i niepotrzebne byłoby – również statystyki nie widzę, ale nie razi to specjalnie w oczy. Jasne, można by dorzucić na deser, bo to jednak część bloga, która nieodmiennie się pojawia – ale nie nalegam, do szczęścia potrzebna mi nie jest. „O mnie” to prawdziwy majstersztyk – jestem pod wrażeniem, spoglądając na mapki, dołączone do opisu, oraz widząc jego dokładność – od razu zachęcasz do czytania, pokazując, z jaką świadomością kreujesz stworzony przez siebie świat. Znajdziemy tutaj wszystko – i notkę o autorce, i o bohaterach, pokusiłaś się nawet o wytłumaczenie tytułu – kłaniam się i polecam, ot co. Chciałabym umieć w równym stopniu opisywać świat przedstawiony, zawierać go w najbardziej stosownych do tego słowach – Ty zrobiłaś to rewelacyjnie, i niesamowicie pieczołowicie. Krótko mówiąc: jestem na tak.

5/5

Treść
*pomysł

Jak najmilej godzący w moje serducho, bo mamy tu i elfy, i magię, i wojny – czyli coś, co Murdermilki lubią najbardziej – wszystko dopracowane do ostatniego szczegółu, jestem po prawdziwym wrażeniem opisania (a i wymyślenia przecież!) całego świata przedstawionego w tej opowieści. Właściwie nie można niczego uszczypnąć, do niczego się przyczepić jak rzep do kobiecej spódnicy – i Zagubiona Azalia, i Kohaku, i śniąca oraz wszystko inne.. miód, krótko mówiąc. W życiu nie potrafiłabym stworzyć czegoś tak zgranego i przejmującego do głębi.

5/5

*fabuła
Rozpoczynasz od krótkiego, ni to prologu, ni to rozdziału, opowiadającego o początkach losu dziewczynki, której życie śledzić będziemy przez resztę opowiadania – zostaje znaleziona, właściwie przez przypadek, przez pewną Zielarkę i, od kształtu broszki, przypiętej gdzieś na piersi, nazwana Azalią Cresiosso – Zagubioną. Mija sobie ileś tam lat, miesięcy, tygodni godzin minut i sekund, a nasza rudowłosa panna rośnie jak na sterydach, w towarzystwie jedynie zbuntowanego demona, Zielarki, która wcale taką zwykłą Zielarką nie jest, oraz wielkiego Lasu, a jej jedynymi umiejętnościami jest haftowanie, dzierganie na drutach oraz rozpoznawanie poszczególnych ziół – podczas gdy Ciemność (Zło) zbroi się do bitwy, ona poświerguje wesoło w chatce rodem z Królewny Śnieżki i spółki z.o.o. Pewnego słonecznego dnia, niestety i tutaj przybywają wrogie wojska, więc Azalia pakuje manatki i ucieka na grzbiecie demona owego, który z kota przemienia się w skrzydlatego konia, i zabiera ją daleko od dotychczasowego miejsca zamieszkania. Potem spotyka pana w szarym płaszczu (skądinąd, to on zaintrygował mnie najbardziej), Linn, wieszcza, pijaków w knajpie i, ogólnie rzecz biorąc, z innych elementów opowieści dowiadujemy się, że jest zapewne bardzo ważną kartą przetargową pomiędzy siłami Dobra i Zła.
Bardzo podobały mi się wplecenia losów innych bohaterów, co sprawiało, że czułam trójwymiarowość historii – i chociaż tyle o tym piszesz, to wcale nie odczułam niedosytu akapitów o Azalii – było ich dokładnie tyle, ile powinno być, a i zasiałaś w moim sercu ciekawość, więc podzielenie wątków na pewno nie poszło na marne. Co prawda w pewnym momencie powiało mi trochę Eragonem (zapewne ze względu na te smoki), ale żadnych więcej zarzutów nie mam – o dziwo, nie zauważyłam żadnych zgrzytów, niedomówień, a i widać, że opowieść dąży do jakiegoś celu – chociaż na razie pozostawiłaś parę sytuacji niewyjaśnionych (a czego, do krośćset, by się spodziewać! Wszak to dopiero jedenaście części!), to i to działa na Twoją korzyść – chcę czytać dalej, i zapewniam, że na pewno to zrobię, kiedy tylko ukaże się kolejny rozdział.
No. Czy to ja jestem tak łagodna, czy opowiadanie tak świetne?

18/20

*opisy, dialogi
Gdybym tu miała jakiekolwiek zastrzeżenia, byłabym chyba niespełna rozumu. Opisy kwieciste, rozbudowane, w pełni oddające charakter sytuacji – a dialogi trafne, celne i ciekawe, pokazujące wnętrze bohaterów – absolutnie na tak.

10/10

Błędy
Właściwie, biorąc pod uwagę staż opowiadania, jest ich naprawdę niewiele – bo zaledwie parę, i to najczęściej nic nie znaczące literówki – błędów logicznych i gramatycznych nie ma właściwie w ogóle – piszesz, że niektóre rozdziały były betowane, wierzę, że nie miały owe panny zbyt wiele pracy.
Sie – się.
”Mimo iż oczy Azalii były przyzwyczajone do mroku, nie mogła zobaczyć ani pobliskich drzew Puszczy, ani tym bardziej znajdującą się w dolinie wioskę.” - znajdującej się w dolinie wioski.
Koahku - Kohaku.
Nibyptak - ?
”Lekki wiatr wiał, znad morze zapewne” - znad morza zapewne.
”w niewczasie” nie w czasie.
Rozpatrzeć - rozpatrzyć.
Nieodłożonych - nie odłożonych.
Było również parę momentów, w których ni stąd ni zowąd zmieniałaś czas, co wcale nie było korzystne, oraz pisałaś termin raz wielką literą, a raz małą – polecam zdecydowanie w takich kwestiach, bo inaczej czytelnik zwyczajnie może się zgubić.

13/15

Bohaterowie
*pomysł

Ach, ach, ach. W tym punkcie to jedyne słowa, jakie mogę z siebie wydusić, bo bohaterowie są wprost cudowni – nie przedstawiłaś ich jako wyblakły ścinek papieru, gdzieś w tle przewijający się jedynie ukradkiem przez opowiadanie, ale właśnie na nich je budujesz – tworzą filary, i byłoby mi brak, gdybyś któregokolwiek z nich w swojej Wielkiej Mocy Autorki postanowiła uśmiercić. Azalia, ruda, zagubiona istota – spodobała mi się zapewne dlatego, że zbyt mało o niej wiem – wiąże się z nią dużo tajemnic, dużo niedopowiedzeń, dużo wątpliwości. Dlaczego Ryuu musi po nią wracać? Kim była jej matka?
Większość głównych bohaterów jest zazwyczaj nudna jak flaki z olejem, ale nie Azalia – ma swój charakter, który pozwolił jej zachować twarz.
No i zbyt często uwielbiam rude istoty.
Kohaku? Demon, który postanowił się zbuntować przeciwko Niej (kimkolwiek jest), któremu pozostały jeszcze cztery życia, i który wtrąca się do każdej Azaliowej rozmowy – i za to właśnie go czczę i składam pokłony – gaduły do gaduł ciągną, nie? Kiedy napisałaś na końcu ostatniego rozdziału, że wcale nie zginął – odetchnęłam z niemałą ulgą – bo czymże byłaby Elda bez niego? Tylko Azalią i całą resztą – a to już nie wystarcza. Obiecasz mi coś, kochana? Nie zatłuczesz go młotem kuchennym, nie utopisz w stawie, nie postrzelisz strzałą? Słowem: nie unicestwisz go w żaden sposób, będzie żył długo, beztrosko i szczęśliwie? Ja Cię proszę. ^^
Ryuu to mój zdecydowany bohater. No bo ja lubuję się w takich zbuntowanych, czarnowłosych młodzieńcach, o których niewiele właściwie wiadomo. Więc będę czytać Eldę choćby dla niego, bo fragmentem z jego bratem rozbudziłaś we mnie cholerną ciekawość, niedobra..
Ilia – elfie dziecko, śniące - udało Ci się nadzwyczajnie. Zauważyłam tę dziwną rzecz, że bardzo często w opowieściach fantastycznych pojawiają się nieletni, obdarzeni w jakiś sposób mocą – niektórym wychodzą one jednak lepiej, innym gorzej – z czystym sumieniem muszę przyznać, że Ty zaliczasz się do tej kategorii pierwszej. Czy poradzi sobie z Radą, z rządzeniem Królestwem, ze swoimi nocnym koszmarami/proroctwami? Fascynujące. Łir gona si.
Pełnych punktów Ci nie dam, bo bohaterowie w pełni sprecyzowani jeszcze nie są, ale również wielki plus masz u mnie za Nausydię – uwielbiam takie ironiczne charaktery, które niby stoją z boku historii, ale jednocześnie dbają o jej fundamenty – wplotłaś ją tak umiejętnie, że tylko przecierać oczy z podziwu.
No i tyle.

9/10

*przedstawienie
Szczegółowe, kompetentne. Nie mam żadnych uwag.

5/5

*marysuizm
A to to miał być żart, przepraszam?

10/10

*punkty dodatkowe

Murdermile drapie się po nosie i nie ma pojęcia, co teraz zrobić. Chciałoby się dodać, porozrzucać hojnie parę perełek to tu, to tam, ale z drugiej strony – przesadyzm też jest zły, no nie? Dlatego pozostaniemy na pięciu, po jednym kolejno za: Ryuu’a mojego, Zagubioną Azalię, świetne opisy świata przedstawionego, strażnika Źródeł, oraz za to, że generalnie mi się podoba. O.

5/10

Razem: 102/115
Czyli blog zostaje zapakowany do kategorii BLISKO IDEAŁU. Czerwone wstążeczki rozdaję gratis.
Moje rady? Pisz tak, jak obecnie, nie zmieniaj stylu, broń Boże nie zniechęcaj się do swoich bohaterów, bo są prawdziwymi majstersztykami, i niech Ci Wen, Panie daj, dopisze. I koniecznie powiadamiaj mnie o kolejnej notce!
Tak baj de łej: Dżem dobry Cait, Maruda z tej strony. [;

Murdermile

komentarze [1]


Ocena nr 17: stracony-czas.mylog.pl >> sobota, 27 października 2007 08:36:11

Oceniam: Stracony czas

*pierwsze wrażenie :
Średnio pozytywnie, bo choć uważam, że temat wampirów jest dosyć „do bani” to jednak tytuł bloga jest po polsku – ja to mam jednak dziwny system wartości…
„Historia o niczym” – rozumiem, że to był raczej żart, prawda? Bo, jeśli o niczym, to co ja tutaj robię? Hę?
Poza tym bardzo mnie wkurzyłaś. Skoro piszesz od nowa, to, po kiego czorta, ja mam oceniać coś, co według Ciebie jest złe i głupie? Jak trafisz do najniższej kategorii to będzie płacz i zgrzytanie zębów, bo ja jednak się nie kieruję innymi ocenami, a w nich lądujesz całkiem wysoko. I to jest dla mnie po prostu strata czasu - oceniać coś, co i tak zostanie usunięte i świat o tym bardzo szybko zapomni.
Na wyrozumiałość, jak widać, możesz liczyć… bo oceniam. Ale nie zmienia to faktu, że jestem zła – najgorsze już nawet nie jest to, że chcesz, abym oceniła coś co przestanie istnieć, a to, że jest to „historia o niczym”. Nadal mam nadzieję, że był to żart, choć z treści wynika inaczej.

6/10

*wygląd:
~szablon
Szablon mi się nie podoba, ale to raczej kwestia osobistego gustu, a nie jakiś błędów czy coś.
Kolorystyka jest taka… mdła – wszystko takie samo, żadnej różnicy, w sumie. Żółto, pomarańczowo, może lekko brązowo – kolory wymiocin, bez obrazy. Na obrazku mamy zawalone brushami i innymi takimi (chyba, bo nie znam się na tym) zdjęcia najprawdopodobniej głównych bohaterów.
Nie jestem zachwycona.
Poza tym wszystko w normie. Czytelne menu, widać literki, z którymi muszą zmagać się czytelnicy. Wszystko ładnie podpisane. Nie mam się do czego przyczepić.
W dziale „o mnie” prosisz, abym powiedziała, który z szablonów był najlepszy. Jeśli miałabym wybierać, to jednak ten pierwszy. Chociaż ten pattern rzeczywiście trochę nie swój, ale grafika odzwierciedla najlepiej, moim zdaniem oczywiście, charakter opowiadania/opowieści (nie wiem, co to ma być) – kiedy czytałam przygody Olka ciągle było mi zimno, dlatego ta kolorystyka jest bardzo w porządku i ten zegarek też mi się podoba. Właśnie – wyłącznie z patternem trzeba coś zrobić. A tak to ten mi się najbardziej podoba.

12/15

~dodatki
W dziale „o mnie” jest kilka informacji o autorce. Potem stare szablony (bardzo lubię takie coś, tak nawiasem mówiąc) i muzyka, dzięki której rodzi się większość Twoich tekstów. Dziwne…
Avatar pasujący do grafiki, może być.
No i wszystko na swoim miejscu. Ble – nie lubię tej kategorii, strasznie trudno wymyślić coś elokwentnego, nie?

5/5

*treść:
~pomysł
Pewien wampir, Aleksander Morczewski (z tego co wyczytałam przynajmniej), wpada w dosyć nostalgiczno-łzawy nastrój – jak to wampiry mają w zwyczaju – i postanawia opowiedzieć… komuś swoją historię, bądź po prostu wspomina. Ma na to w końcu całą wieczność. No i tak sobie wspomina sentymentalnie.
Nie lubię konwencjonalnych wampirów. Nie czytałam Anny Rice, nie oglądałam „Wywiadu z wampirem” (z podstawami to u mnie ciężko, ale się staram!) i się nie zanosi na to w najbliższej przyszłości. Wampiry to istoty, które żyją wiecznie, nie oglądają słońca i muszą pić krew (a przynajmniej takie są w Twoim tekście). Aha, no i posiadają uczucia – ale wydaje mi się, że tylko te bardzo młode, mam rację? Chociaż Pablo nie jest młody, ale zostawmy sobie to na później. Jestem świadoma, że taka istota jest dosyć inna od człowieka – w sensie psychologicznym. I właśnie to mi się w nich nie podoba – ten wszechobecny tandetny sentymentalizm, bądź „jaki to ja jestem ponad i okrutny”. Oczywiście wiem, że taka ich uroda i tego nie zmienię, ale czytanie owych historii sprawia mi trudności. ZWŁASZCZA jeśli te historie są „o niczym”.
Poza tym, ile było już takich historii? Ani nie wybiłaś się, droga autorko, pod względem pomysłu, ani w swoim pomyśle nie zaskoczyłaś mnie niczym. Żywot nieszczęśliwego, marysuistycznego dosyć wampira… Ble.

3/5

~fabuła
Na początku mamy iście mroczną scenę z wampirem Aleksandrem w roli głównej – jestem bardzo tolerancyjna, cicho! – który postanawia sobie trochę powspominać, bo najprawdopodobniej nie ma nic lepszego do roboty. Mały Olek traci rodziców w zarazie cholery, a potem sam zapada na tę chorobę. A tutaj! Ach!, zjawia się tajemniczy mężczyzna i porywa biednego chorego, by potem zamienić go w wampira! Szok normalnie. Aha, Aleksander jest „wybrany”, zastanawiam się do czego. Trochę mi to przypomina w pewnych momentach (ale uwaga - bardzo, bardzo luźno i tylko takie umysły jak mój mogą znaleźć powiązanie) fabułę mangi „Naruto”. Znasz, droga autorko?

W sumie trochę tak jakby czytałam coś podobnego, ale z drugiej strony nie można fabule nic zarzucić. Denerwuje mnie to, że było jak na razie bardzo mało opisów wampirów, ja nie znam tego świata, więc pasowałoby mi przybliżyć trochę historię (szczególnie historię, bo to jest najlepsze!), „właściwości” tych istot. Zastanawia mnie, dlaczego wampiry w Twoim świecie mają uczucia i potrafią się rumienić. Przecież to istoty nieżyjące. Czy możliwość czerwienienia się istnieje, ponieważ daje im ją ludzka krew? Pamiętam, że był taki moment, kiedy Aleksander wspomniał, że nie mógł być bardzo czerwonym, a tylko lekko się zarumienić – wytłumacz to, bo mnie osobiście jątrzy ta niewiedza.

Zdenerwowała mnie również scena z przemienieniem Aleksandra w wampira. Napisana jakby na siłę, albo po prostu szybko, bądź nieumiejętnie, choć to ostatnie jest najmniej prawdopodobne. Scena ta była sztuczna, szybka i bez sensu. Za szybko Aleksander się zdecydował, wprawdzie nadmieniłaś z jeden argument (chęć młodego do życia), ale istnieje jeszcze bardzo wiele innych argumentów. Nieznajomy był wariatem, po co ufać obcemu, który na dodatek pieprzy coś od rzeczy na temat wieczności i jeszcze mnie bezczelnie porwał. Poza tym Aleksandrowi chyba trudno by było uwierzyć w to wszystko, a on się chyba musiał zgodzić, aby zostać wampirem, prawda? Potem nie mam nic do zarzucenia tej scenie (a nawet bardzo mi się podoba po „przytknięciu” głowy Olka do nadgarstka Pabla – takie to… prawdopodobne, nie?), ale osobiście przetrzymałabym Aleksandra jeszcze trochę (parę dni) w ludzkim stanie - wtedy on, stojąc przed zbliżającą się nieuchronnie śmiercią, miałby czas na zastanowienie się, a Pablo większą ilość czasu na manipulację, tak aby się Olek zgodził. Czy w Twoim świecie, aby zostać wampirem trzeba się w ogóle na to zgodzić? Bo tego też nie ujęłaś w tych częściach, które dane mi było przeczytać.

Moja twarz przybrała szkarłatną barwę, upodabniając się do młodej, dorodnej wiśni - Po piewsze, sama powiedziałaś, że to niemożliwe, aby wampir był szkarłatny, po drugie on przecież nie mógł wiedzieć, jak wygląda – mógł jedynie przypuszczać, mam rację? Tak a propos nieścisłości w fabule.

Zrobiłaś z Paganiniego wampira. Nie wiem, co strzeliło Ci do głowy, ale to taki sympatyczny pomysł! Jestem zachwycona! Poza tym on rzeczywiście był uznawany za jakieś wcielenie zła czy coś – nie znam się za dobrze na muzyce klasycznej, no niestety. Ja nie mogę – zrobiła z Paganiniego wampira, który uważa, że młody Poznaniak ma „potencjał” – ale ta scena była śmieszna i taka urocza. Podobało mi się! Mierzenie się wzrokiem… grah! Szczerze powiedziawszy – głupie.

I jest jedna rzecz, którą mnie ujęłaś. Realizm. Idealnie przedstawiłaś każdą datę w swoim opowiadaniu – jestem pod wrażeniem. Paganini rzeczywiście był w Polsce tego a tego roku, powstanie listopadowe… nie wiem tylko, czy wymyśliłaś sobie tę cholerę, ale i tak jestem pod wrażeniem. Super!

Czyta się Twoją historię raczej bez żadnych zgrzytów, wszystko jest jak na mój gust na swoim miejscu. Tylko ja tak strasznie nie lubię konwencjonalnych wampirów. Z alternatywnymi to już inna sprawa jest…

16/20

~opisy, dialogi
A tutaj to już w ogóle się nie mam czego czepić, ale zaraz – przewertuję jeszcze raz Twoje dzieło, aby się upewnić (…) Nie, nie mam się czego czepić.
Ładna, płynna narracja pierwszoosobowa – chociaż pisanie w pierwszej osobie o konwencjonalnym wampirze jest dosyć niebezpiecznym pomysłem to u Ciebie może być. Nawet nie czuje się tego podniosłego, kiczowatego nastroju, jakim w ogóle emanują te wszystkie opowiadania o wampirach. Tego melancholijnego i „oj, ja biedny i nieszczęśliwy” nastroju, nie oszukujmy się, można u Ciebie zasmakować jednak. Ale wiem, taka uroda wampirów, której jedna, mała Sinis niestety nie zmieni. Jednym się podoba, innym mniej. Ja zawsze ta inna jestem…
Dialogi w normie, chociaż masz jednego takiego wampira: „jestem taaaki mroczny” i drugiego „oj, ja biedny i nieszczęśliwy” – skądś to znam, swoją drogą – a takie ludzie (khm, już nieludzie) potrafią spłatać figla durnymi dialogami. Nie są przesadzone – i dobrze. Tylko ten moment tuż przed zamianą Aleksandra w wampira, a tak nie ma się co czepiać. Trzymaj tak dalej i tyle by było na temat „Rady Sinis”.

7/10

*błędy
Nie jest ich dużo, przede wszystkim literówki i dziwny szyk słów w zdaniu.

- dwudziestocztero godzinną - dwudziestoczterogodzinną, długie słowo, oj długie…

- wszytko - brzmi jak gwara, ale zapisałabym to normalnie: „wszystko”,

- Jako, że domu stał fortepian - brakuje mi „w domu”,

- które sprzedawały w tamtym czasie się jak świeże bułeczki - dziwny szyk zdania, nie po polskiemu po prostu: „które w tamtym czasie sprzedawały się jak świeże bułeczki”,

- Cienkie brwi, które tworzyły zazwyczaj delikatny łuk nad jej niebieskimi oczyma były teraz lekko zmarszczone zupełnie, jakby ją coś trapiło - Aleksander chyba nie znał wcześniej tej kobiety, więc nie mógł wiedzieć, że jej brwi zazwyczaj tworzyły; usunęłabym to „zazwyczaj”, w ogóle całą pierwszą część zdania, ot co!,

- Zamrugałem leniwie oczami - nie jestem pewna, czy jest możliwe zamruganie oczami, stawiałabym na mruganie powiekami…

- leniwe otaksowanie - otaksować, czyli spojrzeć bardzo ważnie na kogoś (przynajmniej tak mówi mój słownik) i „leniwe” jako epitet mi nie pasuje. Aleksander był wyczerpany w tym fragmencie, więc zwykłe „wodzenie wzrokiem za” myślę, iż wystarczy,

- - Wybrał pan, do czego? Chyba nie rozumiem... - w moim głosie można było wyczuć nutkę paniki - tutaj też, raczej nie wyczuwasz we własnym głosie ani paniki, ani niczego. Raczej czujesz panikę w sobie. Tak myślę i jakoś niefortunnie to brzmi. Tyle, że w tym przypadku mogę się mylić, ale nie wiem – zrobisz jak zechcesz.

- Nadal miałem na sobie tą głupią piżamę - W Bierniku (kogo? co?) piszemy zawsze TĘ (czyli: „Nadal miałem na sobie (kogo? co?) TĘ głupią pidżamę), a w Narzędniku (kim? czym?) piszemy zawszę TĄ. Kapiszczi?

- Nikt mnie nie do tego zmusi - dziwna kolejność słów, chyba sama to przyznasz, co?

No i tyle. Nie mam się więcej do czego przyczepić.

11/15

*bohaterowie:
~pomysł
Aleksander to taki typowy bohater tych wszystkich opowiadań. Mroczny, nieszczęśliwy i tak dalej. Jednak rozumiem, że te wampiry taką mają psychikę i trudno. Zostaje wybrany przez Paganiniego (który chyba musi być jakimś ważnym wampirem), bo ma potencjał. Pablo (to chyba sługa skrzypka) „ratuje” Aleksandra od śmierci na cholerę i przemienia w wampira. Olek na razie przyzwyczaja się do swojego nowego istnienia. Jest przy tym bardzo irytujący dla małych Sinisiątek. Interesuje mnie ten potencjał. Wierzę w autorkę i wiem, że wymyśli coś nieoczekiwanego. Albo nie – będę się o to modlić.

Pablo to też taki typowy w opowiadaniach o wampirach bohater. Jaki to on nie jest ponad i mroczny. Wiemy o nim, że chyba jest zdolny do jakiś uczuć, bo najprawdopodobniej związał się z Elżbietą, jakąś tam damulką, matką Mony. I nawet przyjechał dla niej do Polski. Czy to nie świadczy o tym, że Twoje wampiry mają normalne uczucia? Bo chyba Pablo nie tarabaniłby się do Polski tylko po to, aby zabić i wyssać? Na razie nic nie wiemy o nim dokładnie. Skory do przesady i melodramatyzmu (i to jest jedyna cecha, która w nim mi się naprawdę bardzo podoba), niczym się nie przejmuje i nie boi się sprzeciwiać swemu pracodawcy (czy czym tam jest dla niego ten Paganini). Pewny siebie i w ogóle. Irytujący raczej.

O Paganinim na razie nic nie wiadomo. Sądzę, że masz na niego jakiś pomysł – męczy mnie ten potencjał. Jestem ciekawa no.

Mona jest jedyną postacią, którą lubię w tej historii. Jest indywidualna i inna. Przynajmniej jeszcze nie spotkałam się z pomysłem na to, aby wampir przyjaźnił się z człowiekiem i nie pił jego krwi. Sądzę, że to skomplikowana historia (bardziej skomplikowana niż ją przekazała Aleksandrowi), a przecież wszyscy takie lubimy. Trochę podobna do Pabla, ale aż tak bardzo nie irytuje. Na razie nie widać na nią żadnego pomysłu, bo została dopiero co wprowadzona.

No i jeszcze bohaterowie poboczni. Przewijają się tam gdzieś, nie mają zbyt dużo do powiedzenia, ale sądzę, że to może być zasługa tego, że Aleksander nie chce ich pamiętać (zawsze dopatruję się głębszego wyjaśnienia).

7/10

~przedstawienie
W sumie tutaj też nie mam nic do zarzucenia. Nie dopatrzyłam się żadnych nieścisłości w charakterach postaci, które wykreowałaś. Oprócz tej sceny oczywiście przed zamienieniem Olka w wampira, ale tutaj już odjęłam wcześniej, więc nie ma co tu dużo gadać. Podoba mi się w Pablu i to jego „przesadzanie” – taki pozytywny punkt w jego charakterze, który jest taki sam jak milionów innych wampirów. Poza tym nic dodać, nic ująć:

5/5

~marysuizm
Wampiry są złe! Wybacz, musiałam coś powiedzieć.

10/10

*punkty dodatkowe
Ucinam za (przypominam, że traktuję „punkty dodatkowe” za całkowicie subiektywną mą opinię): mroczne i łzawe wampiry, których nie cierpię, brak celu w historii (wybacz, sama o tym wspomniałaś, a ja się żartu nie dopatrzyłam, czytając Twe dzieło), całkowite zmarnowanie przeze mnie czasu. Dodaję za: Monę, miejsce akcji i ładną narrację.

4/10

Razem: 86 punktów, czyli można przeczytać, ale nie zachwyca. Jeśli miałabym dać Ci rady co do pisania tej nowej wersji, to powiedziałabym tak: zmień scenę przed zamienieniem w wampira (nie wiem dlaczego, ale zazwyczaj te sceny nikomu nie wychodzą – mi pewnie też by nie wyszła ‘pora na uśmiech’), myśl o tym co piszesz (ten szyk zdań i literówki) i (nie wiem, czy Ci się to uda i czy wyrazisz chęć, bo pewnie masz już jakiś pomysł na Aleksandra i Pabla) odrobinę podszlifuj charaktery głównych postaci na bardziej mniej wampiryczne. A co naprawdę bardzo mi się podobało: Mona (chociaż jej nie było zbyt dużo), tendencja Pabla do przesadzania, dokładność w datach realnego świata i ogólnie klimat taki… klimatyczny. Pozdrawiam!

Sinis

komentarze [7]


Ocena nr 16 - avira.mylog.pl >> sobota, 13 października 2007 09:41:35
Jako że muszę trochę odreagować na wydarzenia w moim życiu, które turlają się z górki i łapią za głowę – tak to jest, kiedy tracisz najlepszego przyjaciela – zabieram się za ocenę. Mam nadzieję, że nie będę zbyt surowa, a obiektywna – ale no cóż, zobaczymy. Zatem:

Oceniam: www.avira.mylog.pl

Pierwsze wrażenie:
Mrocznie, mrocznie, mrocznie. Niby lubię takie klimaty – ale wchodząc na tego bloga mój zmysł estetyczny schował się w kącie i przykrył reklamówką, bo mojej ulubionej schludności tutaj zaledwie śladowe ilości – minimalistycznie, ale bez wyczucia, kolory chłodne, ale jednocześnie, jakieś takie.. mdłe. Automatycznie włącza mi się muzyka, co jeży mi włosy na karku – nie lubię takiego braku wyboru, narzucanie czytelnikowi, czego ma słuchać – ja, dla przykładu, lubię mieć zminimalizowanego winampa podczas oceniania – i irytujący jest fakt, że nagle mój kochany Tool zostaje mi zakłócony przez coś innego. Dobrze, jeśli się wsłuchać – nie jest to nawet takie złe, do opowiadania nastrojowo pasuje – ale i tak powinno ewentualnie być wstawione tak, że czytelnik sam będzie mógł zdecydować, czy dać szansę Twojemu wyborowi czy też nie. Nie wiem, czy jest taka możliwość na mylogu – ale jeśli tak, to sądzę, że warto w coś takiego zainwestować – bo od razu zniechęca, jeśli włącza się bez mojej wiedzy i zgody, powodując nieprzyjemne zgrzyty w głośnikach. Tytuł jakże wiele mówiący: „...”, co kwituję parsknięciem śmiechem. Nie, nie, nie! Tytuł ma coś wyrażać, duszę opowiadania zawartą w jednym, krótkim zdaniu – informować czytelnika, zachęcać, intrygować. Gdybym nie oceniała, zapewne po ujrzeniu takich znaczków w pasku już dawno kliknęłabym na czerwony krzyżyk, nie kwapiąc się nawet o przeczytanie opowieści. Wiesz, co to takiego pierwsze wrażenie? No właśnie. I nie chodzi o nazwę kategorii, ale o to, żeby ludzie chcieli czytać Twoją historię – w którą, notabene, zapewne wkładasz wiele pracy – i żebyś umiała zainteresować. Bo jak na razie, efektywności na tym polu brak.

3/10

Wygląd
*szablon

Jak już mówiłam – mdły. Menu średnio poręczne, linki na szczęście nie w formie avatarów – obrazek po lewej podoba mi się przeciętnie, samo rozmieszczenie minimalistycznego szablonu – ni w pięć ni w dziesięć – za dużo wolnego miejsca z każdej prawie strony. Ponadto, z tego, co zdążyłam się zorientować, nie jest robiony przez Ciebie – to oczywiście żaden powód do wstydu, bo ja sama w html’u jestem całkowitą nogą, ale gdyby jednak był – byłabym skłonna dodać Ci punkty. A tak? Jest wiele lepszych szablonów serwowanych przez internetowe projektantki, naprawdę można wybierać przez długi czas – wystarczy chwila wolnego, trochę chęci i poszperanie po takowych stronach. Wiem, bo sama szukałam, że grafik typowo mrocznych i pasujących do klimatu opowieści nie jest od zatrzęsienia – ale są, i jeśli tylko szukać uważnie – naprawdę można znaleźć. Czcionka czytelna, estetyczna – tło pod nią delikatne, nie przeszkadzające w śledzeniu tekstu – z tą połówką jestem skłonna podać sobie dłonie, bo podoba mi się całkiem – przynajmniej w porównaniu do nieszczęsnej lewej strony. Suwak za to przyprawia mnie o żółtą wysypkę na nosie – niewidoczny, nie raz i nie dwa wyprowadzał mnie w pole, i gubiłam kontekst, kiedy tylko odważyłam się go puścić – to naprawdę irytuje czytelnika, i radzę wprowadzić jakąś zmianę. I to chyba byłoby na tyle – podsumowując, albo wprowadziłabym zupełnie nową grafikę, albo tą dopracowała od podstaw – ale jeśli nie umiesz bądź nie lubisz grzebać w html’u, to radziłabym wybrać opcję pierwszą. Co prawda nie ocenia się książki po okładce – ale to okładka przyciąga wzrok.. daj poznać czytelnikowi środek, a nie zmuszaj go do szybkiego odłożenia pozycji na półkę, bo naprawdę opowiadanie może być o wiele więcej warte.

5/15

*dodatki
Właściwie wszystko na swoim miejscu – archiwum jest, statystyka jest, księga gości – melduje gotowość do boju. W dziale o mnie parę informacji, które przyprawiają mnie o zmarszczenie brwi – przecież forma „Ty”, „Tobie” – jest jak najbardziej poprawna, więc nie rozumiem, po co to sprostowanie. Za Prachetta masz u mnie dużego plusa, bo sama pana ubóstwiam – z kolei co do wzorowania się – zawsze trzeba wiedzieć, gdzie jest ten złoty środek, granica, poza którą nie wolno wystawiać paznokcia małego palca u nogi – żeby opieranie się na tworach kogoś innego, co jest w pełni dozwolone, nie przeszło w kopię – nawet nieświadomą.
Nie rozumiem, po co w ogóle wypełniasz rubrykę „O mnie”, skoro właściwie o sobie nie piszesz nic – jestem teraz na tym polu równie głupia i niedoinformowana, jak byłam przed kliknięciem na odnośnik, co się chyba mija z celem – jeśli już piszesz, pisz z sensem i wplataj jakiekolwiek konkrety, bo jednak czytelnik (a przynajmniej ja) lubi zapoznać się z autorem opowiadania – wtedy zawsze może być mu bliższe, jeśli okaże się, że osoba pisząca jest taka sama jak on. Działa tutaj psychologia, moja kochana, psychologia – a tej siły nie wolno lekceważyć. Rozumiem, że ciężko jest się zmieścić w paru zdaniach, ale na pewno jest to możliwe – a jeśli nie chcesz już opisywać siebie wcale, to lepiej ten punkt programu ominąć. Bo takie wychylanie się – to w jedną, to w drugą stronę – nie jest, na dłuższą metę, dobre. I może nieźle namieszać w głowie – prawie tak jak piwo o poranku na nadmorskiej plaży i słońce, odbijające się w grzywach spienionych fal.

2/5

Treść
*pomysł

Cóż, Twój – nie mam do niego właściwie żadnych zastrzeżeń, bo choć miejscami mógłby przywodzić na myśl różne fantastyczne powieści, to przecież tego nie da się uniknąć – podoba mi się fakt, że nie wybrałaś sobie właściwie jednego, dobrego bohatera, który musiałby dźwigać na barkach ciężar całej historii, ale rozkładasz ją na wiele, dość ekscentrycznych postaci – główną opisywaną jest przecież Avira – Diablica, co nie zdarza się często. Miejscami gubiłam się, ale ogólny zamysł jest dla mnie dość jasny – chociaż trochę naciągany, i nie zawsze dobrze przedstawiony. Na pewno nie jest to jednak kolejna historia o romansie Hermiony z Draconem, opowieść o wszechobecnym TH czy wesołych Huncwotach.. jest to coś do głębi Twojego. I za to zdejmuję mój kapelusz z piórkiem i zamiatam nim podłogę, bo to jednak sztuka.

5/5

*fabuła
Co my tu mamy? Cóż, pewnego dnia, Avira, diablęce dziecko, przychodzi do pałacu króla Oygany, gdzie odnajduje pewną księgę, która ożywa. Powoduje to ogromną lawinę niespodziewanych wydarzeń, w efekcie których kolejno: ginie władca, powstają nowe rasy, umiera demon, następują przygotowania do wielkiej bitwy. Trochę to jednak zagmatwane, albo to ja jestem wybitnie tępa – dalej nie rozumiem, jaki właściwie związek miał ów list i książka do tego, co zdarzyło się potem – tak, wiem, że to jakieś tam tajemne moce, ale co to ma nawzajem wspólnego – nie mam pojęcia. Bardzo, bardzo podobał mi się moment, kiedy wprowadziłaś Ilae – w gruncie rzeczy jest to moja ulubiona bohaterka, bo ma w sobie pewien magnetyzm – jest na tyle tajemnicza i pełna niedopowiedzeń, że chce się wiedzieć, co będzie działo się z nią dalej. Właściwie wszystko, na pierwszy rzut oka, wydaje się dopracowane, zapięte na ostatni guzik – ale jeśli mam być szczera, jest dużo momentów naciągniętych cienką nicią na krosno, jak na przykład te nagłe wyzwolenie się uczuć w Avirze – którego, swoją drogą, już nie kontynuowałaś. A szkoda – bo wyszedł puzzel, oderwany od reszty układanki, a można było złożyć to w jedną całość – takie ludzkie odruchy, swoiste przerywniki między akcją pozwalają zaczerpnąć oddechu – i jednocześnie przybliżają bohaterów. O niektórych kwestiach jakby zapominasz, najpierw opisujesz je dokładnie a potem – pomijasz, bez żadnego wyjaśnienia, inne natomiast wprowadzasz zbyt szybko. Ja czytałam jeszcze większość notek za pierwszoosobowej narracji – dopiero kiedy już zdążyłam przebrnąć przez całość, dodałaś kolejną, w której piszesz, że zmieniłaś wszystkie poprzednie – nie będę ich jednak czytać drugi raz, bo szkoda mi na to czasu. Rozwijasz się – z każdą notką czytało mi się coraz lepiej (że już pominę na razie ich skandaliczną wręcz nie-długość), więc nie skreślam niczego – widzę, że to opowiadanie ma duszę, choćby dlatego, że końcowe fragmenty naprawdę mnie do historii wciągnęły siłą, i sprawiły, że zapomniałam o realnym świecie – a to się chwali, i dziękuję Ci za to. A także za to, że, choć może fabuła nie jest perfekcyjna – miałaś odwagę stworzyć coś sama, i konsekwentnie prowadzić to drogą wprzód.

15/20

*opisy, dialogi
Khym, tutaj zatrzymajmy się na dłużej. Było źle – jest lepiej, ale wciąż do ideału sporo brakuje – opisów właściwie mało, ale jeśli już są, to na tyle przyjemne, że zatapia się w nich jak w gorącej czekoladzie – a potem szybko się kończą. Wiem, że chcesz jak najbardziej rozwijać fabułę, wprowadzać trzymającą w napięciu akcję, przybliżać nam bohaterów poprzez dialogi – ale przez rozległe, kwieciste opisy da się to zrobić równie dobrze, jeśli nie lepiej, wierz mi! Opowiadanie bez nich jest puste – to tak, jakbyś na obiad jadła surowe mięso bez żadnych tłuczonych ziemniaczków czy odpowiednich przystawek – na bór, długo tak żyć nie da rady, bo prędzej czy później – wszyscy się zatrujemy. Wprowadź trochę więcej takich przecinków, daj nam poznać otoczkę dla akcji, jej miejsce, charakter – poopisuj bohaterów, bo zapewne są tego warci. A gdy z fabułą pędzi się na łeb, na szyję, nie wychodzi z tego nic innego, jak tylko bolesny upadek i stoczenie się ze stoku – musisz trochę zahamować, żeby wyprzedzić konsekwencje. A wiem, że jeśli chcesz, to potrafisz – niektóre z nielicznych opisów były naprawdę ładne, ale i tak nie zapełniły niedosytu – nie anorektyzuj nas, do czorta! Bo będę gotowa wbić widelec w tekst, i pokręcić nim tak, żeby porobiły się pięciomilowe dziury.
Co zaś do dialogów – nie raz i nie dwa przyprawiały mnie o parsknięcie śmiechem, bo takie po prostu są – zabawne. Rozumiem, że chciałaś użyć słownictwa, które pasowałoby do charakteru opowiadania – ale, na Boga, bez przesady! Zamiast oczekiwanego efektu dostajemy tylko pożywkę dla kącików warg, bo nie sposób się nie uśmiechnąć, kiedy bohaterowie wygłaszają tak natchnione kwestie, że co wrażliwszy już dawno zleciałby z krzesła. Ponadto dialogów jest dużo, zbyt dużo nawet, jeśli wziąć pod uwagę ilość opisów – radziłabym miarkować te dwie formy uważnie, żeby nie przesadzić ani w jedną, ani w drugą stronę – znaleźć ów „złoty środek”, o którym tak wiele się rozprawia. Poza tym, w dialogach zbyt szybko podajesz informację, nie dając bohaterom ani chwili czasu na zwyczajną pogawędkę – przez którą stali by się bardziej naturalni. Teraz są sztywnymi kołkami, wymawiającymi z upojeniem swoje role – ale co to za teatr, w którym człowiek nie rozumie przedstawienia?

3/10

Błędy
No cóż, nie oszukujmy się – trochę ich jest. Chociaż, biorąc pod uwagę staż opowiadania, nie jest to znowu tak zawrotna ilość, żebym musiała złapać się za głowę – ale jednak warto uważniej sprawdzać tekst przed jego publikowaniem, żeby wyłapać te co istotniejsze literówki.
Wypuścil – wypuścił.
Mowić – mówić.
Łódźcie – łódź? Łodzią? „Łudźcie”.
Bięgnąc – biegnąc.
Świeczuszek – że co przepraszam? „Świec”.
„Witam, elfie... Fajnie tu sobie mieszkacie..” – Nie używaj wyrazów potocznych! Zwłaszcza nie w takim opowiadaniu – to tak, jakbyś weszła na Taj Mahal po to, żeby zjeść cheesburgera. Nie ma! Nie pozwalam!
„To siebie idź do sklepu” – do McDonalda od razu.
„Mocherkowych istot” – po pierwsze: „moherkowych”, a po drugie – myślałam, że Big Cyc to tylko u nas.
Nigdyś – niegdyś.
Smaka – smaku.
Złościc – złościć.
Zdumiłabyś – zdumiałabyś.
Mileczeniu – że mleczeniu? Milenium? Poprawna forma to: „milczeniu”.
Napewno – na pewno.
Plus jeszcze parę literówek, których tu nie będę wymieniać. Błędów logicznych właściwie niewiele, oprócz tych wypisanych wyżej – radzę na takie sytuacje uważać, bo całkowicie burzy to kontekst danej sytuacji, i ośmiesza opowiadanie.

11/15

Bohaterowie
*pomysł

Jak już pisałam wcześniej: na pewno ciekawy. Zamieniłaś wartości, pokazując ich lustrzane odbicie – w tym świecie to Anioły należy traktować z pogardą, za to skupiać się na postaciach pozornie złych, a tutaj – mających także swoje własne zdania i uczucia, choć tych ostatnich stosunkowo niewiele. Zawsze, że tak zacznę z innej beczki, zastanawiałam się nad definicją pojęcia „dobro” – i dziś dochodzę do wniosku, że chyba takiej nie ma. To my możemy je tworzyć, poprzez swoje czyny, odwracać, zmieniać, kształtować.. rzeczywistość jest plastyczna.
Lubię czytać o różnych rasach – fascynują mnie, i od dziecka, kiedy po raz pierwszy dorwałam się do „Władcy Pierścieni”, chciałam tworzyć nowe, własne – Tobie się to udało bez specjalnego wysiłku, więc gratuluję. Mamy tu mieszankę właściwie każdej – wampira, diablicę, demona, elfa, boskie dziecko, smoka, pół-wampira, ludzi. A nawet pod koniec pojawiają się krasnoludy – a przynajmniej ich zmutowane podobizny; wspomniane są anioły – również te upadłe. Zaludniasz ziemie Oygany przeróżnymi bohaterami – i dobrze, bo czuje się różnorodność, odmienność każdego z nich.

9/10

*przedstawienie
Powtórzę się: nie ma opisów, nie ma postaci. To było oczywiście stwierdzenie zbyt despotyczne, bo Ty jakieś-tam opisy masz, a i w dialogach poznajemy poszczególne postacie – ale jest tego zbyt mało, po prostu! Najwięcej, ma się rozumieć, wiemy o Avirze – ale pozostali są jedynie dla niej bladym tłem, i chociaż starasz się opisać ich na początku niektórych notek, to dla mnie to nie wystarcza. Powinnaś umieć wpleść te przedstawienia w fabułę – na tym polega prawdziwy klejnot pisarstwa – tak, żeby nadać im rumieńców i przyprawić o barwy. Bo jak na razie – dla mnie są szarzy, wiem o nich zbyt mało, zbyt dużo przypuszczam – a stworzyłaś postacie na tyle ciekawe, że z całą pewnością można by stworzyć z nich dzieła. Postaraj się w kolejnych notkach odstawić fabułę na boczny tor, zakasać rękawy i zabrać się za przybliżanie świata Oygany oraz jej mieszkańców w ściśle opisowy sposób – może i będzie to nieco nudniejsze niż sama akcja, ale na pewno potrzebne.

1/5

*marysuizm
Przepraszam? Ze świecą szukać.

10/10

*punkty dodatkowe
A i owszem, będą, bo za moim oknem właśnie pojawiła się tęcza – co nastraja mnie pozytywnie, ha. Jeden za moją ulubioną Ilae, drugi za szarą skórę Aviry, trzeci za Valla, leśnego elfa, który boi się lasu.. Dałabym więcej, ale jednocześnie – muszę coś odjąć za długość notek, która jest wręcz katastrofalna – przynajmniej z początku. Na bór, przecież to zaledwie parę słów na krzyż! Mnie by się nawet nie chciało komentować. Warto wysilić się trochę, i napisać choćby te półtora strony w wordzie – od razu będzie to i lepiej wizualnie, i jakościowo. Bo jak to tak, czytelnik dopiero zaczyna wczytywać się w notkę, a ona bezczelnie się kończy – gdyby była to persona, przez tydzień kazałabym jej klęczeć na grochu.

3/10

Razem: 67/115
A więc ŚREDNIAK, kategoria, do której, moim zdaniem, doskonale pasujesz – bo opowiadanie nie jest wybitne, nie oszukujmy się, ale jednocześnie – nie jest złe, i jeśli trochę nad nim popracujesz – może być już tylko lepsze. Na razie nie jest to poemat, do którego chce się wracać – ale jeszcze kiedyś tu zajrzę, bo ciekawa jestem, w którą stronę się rozwinie – czy do tego wschodzącego, ciepłego słońca, czy odjedzie polną drogą, machając leniwie na pożegnanie.

Murdermile

komentarze [2]


Ocena nr 15: what-do-you-feel.mylog.pl >> piątek, 5 października 2007 21:04:36

Oceniam: What do you feel

*pierwsze wrażenie :
I znów po angielsku. Ileż razy można powtarzać, że to nie jest fajne? Mnie osobiście irytują nazwy w tym języku, bo jest to niekonsekwencja – jeśli już piszesz po polsku, napisz łaskawie tytuł też po polsku (chyba, że jest to nazwa własna) i odwrotnie. Jednak potem przeczytałam, że autorka zdecydowała się na taki tytuł, gdyż wszystkie inne były zajęte – a niech Ci będzie!
Zastanowiło mnie zdanie w zgłoszeniu: „Mój FF rewolucji nie przeprowadzi, ale może przynajmniej trochę się nie znudzi.” – co ono dokładnie oznacza? Głowiłam się, ale nie mogę rozszyfrować Twojego przekazu. „Może przynajmniej trochę” – przepraszam, ale śmiesznie mi się zrobiło.
Lubię fanficki, ale nie wszystkie. Robienie ojca Harry’ego ze Snape’a jest złe, łączenie Draco i Hermiony jest zazwyczaj złe, olewanie Rona jest BARDZO złe, a pełne radosnych przygód dzieje Lily i Jemsa już w ogóle… Tutaj chyba zapowiada się coś ciekawego. I do tego wszystkiego slash… ooo!…
Szablon mi się podoba.

8/10

*wygląd:
~szablon
Ładne tło, w kolorze bodajże kremowym z tendencją do żółtego… a może i nie. Bardzo lubię takie patterny (to się pattern nazywa?) – w starodawnej stylizacji, jak taka, być może, barokowa tapeta – nigdy dobrze mi nie szło odróżniane epok po takich duperelach. I nawet odcięcie po prawej nie razi w oczy, też ładnie wygląda.
Obrazek przedstawia w kolejności od lewej: Harry’ego, Hermionę i Draco. Strasznie mnie denerwuje, że nie ma Rona – pewnie nie przewidziałaś dla tego sympatycznego chłopca żadnej większej roli. Rysunki raczej mi się podobają, szczególnie kreska, bo ubiór postaci mi odrobinę nie pasuje, ale pomińmy ten szczegół. Ha!, i jest nawet podpisane kto wykonał powyższy malunek. Jestem wzruszona…
Główne menu jest pod obrazkami, a dalsza część pod kolumną na tekst. Menu po angielsku, ale rozumiem, że czcionka obraziła się na znaki diakrytyczne, więc wybaczam. Czarna czcionka jak najbardziej widoczna na beżowym tle, jednak całość przesunęłabym troszkę w dół – nie widać dobrze tytułu notki na tym ozdobnym pasku. Przesunęłabym, żeby tekst zaczynał się tuż pod owym paskiem.
Poza tym jestem bardzo na tak.

13/15

~dodatki
W dziale „o mnie” mamy napisane coś o początkach historii, o fabule, o autorce, o szablonie – podoba mi się, że nie zdradzałaś niepotrzebnych informacji, a wszystko opowiedziałaś krótko i treściwie. Czyli jestem na tak.
Avatar zrobiony został pod grafikę – nie mam nic przeciwko.
A na samym dole mamy to co lubisz i ocenialnie. Dziwi mnie to, że umieściłaś (wydaje mi się, iż niepotrzebnie) Twoje ulubione filmy itp. Po co, skoro to blog z opowiadaniem? Takie sprawy umieszcza się chyba na osobistej stronie. Ale cóż – nie moja sprawa… Poza tym nie podoba mi się, że jest to umieszczone pod tekstem – jest to brzydkie i mało praktyczne.

4/5

*treść:
~pomysł
Rzecz dzieje się po szóstym tomie Harry’ego Pottera. Natychmiast oczyszczasz z zarzutów o zdradzie pana Snape’a oraz panicza Malfoya i na razie mamy jakieś tam działania Zakonu Feniksa. Zdaje mi się, że nie zdążyłaś się jeszcze rozkręcić z głównym wątkiem, bo to wszystko nie jest oparte w zasadzie na niczym. Interesujący jest wątek Hermiony i Draco – to tak, jakbyś pisała jedną z miliona historii o ich romansie, ale w bardzo racjonalny sposób. Oczywiście jeszcze nie mam prawa niczego takiego podejrzewać, jednak nie mogłam się powstrzymać przed wspomnieniem o moim na razie ulubionym wątku.
Tymczasem pomysł trudno tutaj dostrzec. Oczywiście widać jak na dłoni, że skupiłaś się na uczuciach bohaterów (zauważyłam, że są to głównie rozterki miłosne), o czym nieraz wspominasz, ale to wszystko powinno mieć jakąś ściśle nakreśloną fabułę. Ale uważam, że jest to dopiero początek i dopiero startujesz z głównym motywem. Mam nadzieję, że będzie to związane z unicestwieniem Lorda Voldemorta, tak jak to przeprowadzi/ła pani Rowling – jak już mówiłam, nie znam treści siódmego tomu, więc się domyślam na razie, o czym mądrym ta pani pisała.

4/5

~fabuła
Wszystko zaczyna się pewnego wieczoru, kiedy profesor Minerwa McGonagall opowiada Zakonowi Feniksa o tym, iż jednak Severus Snape nie jest zdrajcą! Rzeczony czarodziej ma spektakularne wejście i to jeszcze z paniczem Malfoyem u boku. Szok! Jako że starsi członkowie zakonu nie okazują zaskoczenia, gdyż najprawdopodobniej wiedzieli o tym wcześniej, tak nasza trójca przeżywa niemały szok. Potem sprawy jakoś się toczą – Harry nie wraca do szkoły, Ron się na niego obraża, Hermiona dostaje zadanie „bojowe” i dalej mamy ten nieszczęsny slash…
Chciałabym nawiązać do tego slasha, gdyż reszta bardzo mi się podoba i czytałam z niemałym zainteresowaniem. Ekhem: dlaczego, do czorta, zrobiłaś mi to?! Dlaczego zrobiłaś swojemu opowiadaniu taką krzywdę?! Stanowcze NIE – tylko to mam do powiedzenia. Nieważne co mówią – Snape jest aseksualny i nic tego nie zmieni. A Rowling się coś pomyliło, kiedy pisała siódmą część, ostro się naćpała i za niedługo pojawi się sprostowanie (tego jestem pewna!). W Mistrzu Eliksirów się nikt nie może kochać, ani on nie może kochać nikogo – bo tak i koniec kropka. Ja wiem, że to Twoja koncepcja, wiem, że jest to opisane dosyć rzeczowo, ja wiem, że Harry jest w trudnym okresie, ale to nie przejdzie. Po prostu tak strasznie nie pasuje, że aż mnie ciarki przechodzą. Okej – Snape raczej nie jest zainteresowany bliższą znajomością z Harrym (przynajmniej mam taką nadzieję), a sam Harry też raczej jest przerażony swoimi skłonnościami i za to Ci chwała. Tylko… nie wiem, czy zrozumiesz mój sposób myślenia, ale byłabym rada, gdybyś zrezygnowała dopóki się da z tego nietrafnego pomysłu. Tak – nie ma to jak narzucanie swojego zdania, lecz w tej trudnej sytuacji czuję się w obowiązku wyperswadować Ci ten pomysł. Czy mi wyjdzie to już od Ciebie zależy… A tak!, żeby nie było, że jestem jakąś głupią, nietolerancyjną i mało empatyczną oceniającą…!
Reszta wątków jest według mnie bardzo fajna. Wytłumaczenie, że Snape jednak nie jest zdrajcą jest rzeczowe – sama nawet pokusiłam się ostatnio o takie wytłumaczenie morderstwa na dyrektorze Hogwartu. Dziwi mnie jedno. Rozumiem, że starsi członkowie zakonu byli już wcześniej poinformowani o decyzji McGonagall, ale sądzę, że Hermiona za szybko mu uwierzyła, a i Harry za szybko przyswoił sobie tę wiadomość. O Ronie nie wspominam, bo jego psychikę na początku pominęłaś. Wyjaśniasz to tak w przypadku Hermiony, że w pierwszej klasie też myśleli, że Snape jest czarnym charakterem, a jednak ratował Harry’ego, lecz tutaj sprawa jest już poważniejsza. On bez zawahania zabił Dumbledore’a – jedynego człowieka, którego bał się Lord Voldemort!
Moim zdaniem najmocniejszym punktem w historii jest wątek Draco i Hermiony. Podoba mi się to, że opisujesz niby ich znajomość taką, jaką ją przedstawiają inne blogowe autorki (romans nad romanse) – to znaczy: taki niby szlaban i rodzi się uczucie, a jednak bardzo prawdopodobnie. Naprawdę bardzo duży plus masz u mnie za ten wątek.

15/20

~opisy, dialogi
Mam tutaj taki jeden akapit – chciałabym, abyś zwróciła uwagę na pogrubienia, nie musisz tego całego czytać:
W pokoju ponownie zapanowała cisza, której teraz nie zdołał przerwać nawet Potter, który mógł jedynie otwierać usta, z których nie wydobywał się żaden dźwięk. Gdyby ktokolwiek wszedł teraz do kuchni w domu przy Grimmauld Place 12 pomyślałby, że większość osób znajdujących się tam jest figurami woskowymi, które z niewiadomych powodów wpatrują się w bladego mężczyznę o czarnych, przetłuszczonych włosach i haczykowatym nosie, który najspokojniej wystukiwał palcami na stole rytm najnowszego przeboju Fatalnych Jędz. Głuchą ciszę i podobieństwo do figur woskowych postanowił przerwać Remus Lupin, który zaskoczony był jedynie pojawieniem się Snapa na Grimmauld Place, bowiem był jedynym wtajemniczonym w plan McGonagall.
(…)oczy pogardliwie omiatały pokój, w którym przyszło mu się znajdować. Twarz przybrała pogardliwy wyraz

I wszystko jasne… musisz bardziej uważać na to, co piszesz. W prawdzie nie pamiętam, czy jest tego więcej, ponieważ „What do you feel” czytałam dawno i mi po prostu parę rzeczy poumykało, ale myślę, że nie zaszkodzi wspomnieć o powtórzeniach. Masz z tym chyba maleńki problem, ale do wyleczenia, nie?
Jeszcze małe problemiki z dialogami. Może ja na przykładzie:
- Spóźniłam się? – zapytała Hermiona siadając obok Rona przy stole Gryffindoru – Miałam problemy z jednym drugoklasistą. -> wszystko jest cacy oprócz jednego szczególiku. Ładnie zapisane synonimy słów „powiedział, zapytał, zaprzeczył” zaczęte z małej litery, jednak kiedy pierwsza część zdania jest zakończona (Twoja kończy się pytajnikiem, potem „wytłumaczenie” tego powiedzenia kończy się słowem „Gryffindoru”) zapisujemy na końcu kropkę i zaczynamy następną część od wielkiej litery – co w Ciebie jest zaznaczone. Khm… jasne?

Poza tym raczej nie ma większych wpadek z językiem. Dialogi są dobre na tyle, na ile mogą być one dobre – wybacz, ale dziwnie brzmią dialogi Harry’ego i Snape’a.

Bardzo podobało mi się to oto podsumowanie: „Właścicielka zdechłego zwierzęcia na głowie”. Mimo, że nie jest to miłe, to jednak dowcipne…

6/10

*błędy
Sporo. Sporo, sporo…
Quidditcha - dyscypliny sportowe zapisujemy śmiało z małej litery,
wpłynęło by - w trybie przypuszczającym piszemy takie słówka jak: by, bym łącznie z czasownikiem,
Sprawdziliśmy z Remusem jaskinię o której mówił Harry - przed „który” przeważnie dajemy przecinek, co również jest Twoją piętą achillesową – przecinki; aż normalnie wyrwałam sobie połowę włosów, kiedy widziałam te pustki,
szturcha ją w ramie - jeśli chodziło Ci o część ciała, to zapisujemy to jako „ramię”,
‘Wieczór zapowiada się ciekawie’ - zastanawia mnie, dlaczego stosujesz angielski cudzysłów, skoro piszesz po POLSKU! Polski cudzysłów wygląda z deka inaczej,
Weasley’ów – i następny z Twoich problemów. Dajesz apostrof tylko wtedy, kiedy nie czytamy ostatniej literki… chyba nie czytasz tego tak: „Weasleów”, nie?
Będzie musiał opuszczać niektóre lekcję - mniemam, że chodziło o dużo lekcji, a nie jedną. Dodajesz „ogonek” przy „e” wtedy, kiedy jest mowa o jednej rzeczy,
gryfonką - powinno się to zapisywać wielką literą, bo to nazwa własna,
wyżalał się Weasley - Weasley żalił się,
Przytakując co pewien czas słowom przyjaciela próbowała czytać książkę, leżącą na jej kolanach - pfff… jest to zupełnie niezrozumiałe… całkowicie źle postawiłaś przecinki, powinno być tak: „Przytakując co pewien czas słowom przyjaciela, próbowała czytać książkę leżącą na jej kolanach”. A propos – wyrażenia imiesłowowe przysłówkowe oddzielamy przecinkiem od reszty zdania,
Nic nie pokazywało jak bardzo jest zdeterminowana, prócz oczu, które bystrze wyglądały za okno. - niby poprawnie, ale wydaje mi się, że bardziej po polsku byłoby zamiast „pokazywało” „zdradzało”,
posyłającego jej odpychające spojrzenia Malfoya zwróciła się do Zabiniego – orzeczenia w zdaniu oddzielamy przecinkiem,
ale nie zmienia to faktu że ten pomysł jest bardzo nieudolnym żartem - przed „że” dajemy przecinek (ZAWSZE!),
Obejrzała się widząc, że nowi uczniowie zostali już przydzieleni do domów. Jak mogła odpłynąć i nie zauważyć przedzielania uczniów? - Jaaasne! Ceremonia przydziału trwała chyba kilkadziesiąt minut (przynajmniej tak mi się wydaje), jak można było ją PRZEGAPIĆ, jeśli było się na tej samej sali? Rozumiem, że bałaś się piosenki Tiary Przydziału, ale mogłaś wymyślić coś bardziej racjonalnego,
Nie zdążyła przejść do następnego dnia, kiedy wylądowała przed nią szkolna sowa wyciągając w jej stronę nóżkę z przywiązanym listem. Otwierała list kryjąc zaskoczenie - pomieszanie w podmiotach – sowa otwierała list, czy co? Wyrażenia imiesłowowe przysłówkowe oddzielamy przecinkiem,
- Zaklęcia pozwalające na przemianę (…) dzbanku do herbaty – pozwalające na przemianę (kogo? czego?) dzbankA do herbaty, zła odmiana przez przypadki,
potraktował tą szlamę Granger - biernik (kogo? co?): tę; narzędnik (kim? czym?): tą; „potraktował (kogo? co?) TĘ szlamę”
’niezbyt przyjazna’- albo cudzysłów, albo kursywa; wiem, że tego tutaj nie widać, ale autorka zapewne wie o co chodzi, prawda?
Pani Weasley Pani nie jest jej imieniem, ani pseudonimem, tylko zwrotem do niej, więc wielka litera nie jest potrzebna,
‘Showtime‘ - tylko nie bohater myślący po angielsku (chyba, że jest to stosownie uzasadnione) w polskim opowiadaniu. NAWET, jeśli jest Anglikiem!
nie poukładane - „nie” z przymiotnikami piszemy łącznie,
Armię Dumbledore’a - GRAH! Oczywiście, że stworzyli GD, czyli Gwardię Dumbledore’a!
który wyglądał na całkiem jej nie słuchającego że co proszę? Ja nawet nie wiem, jak to poprawić…
- Co z prośbą McGongall o możliwość używania przez ciebie różdżki mimo nie skończenia Hogwartu? – przerwała ciszę Gryfonką – w Hogwarcie mogli używać czarów bodajże przed siódmą klasą, patrz piąty tom, kiedy bliźniacy Weasleyowie po szóstym roku mogli już używać czarów poza szkołą,
Nie czerpie przyjemności z przebywania z osobą - w osobie pierwszej liczby pojedynczej piszemy z „ogonkiem” na końcu (nie czerpię),
Smak whisky, papierosów [z ust Snape’a] – nie sądzę, aby tak wielki czarodziej, który ma na pewno bardzo mało wspólnego z mugolskimi papierosami je palił,
Wystarczy, że mi pogratulujesz.
Uśmiechnęła się dla rozluźnienia atmosfery. Nie odwzajemnił gestu.
- gest jest ruchem, a uśmiech na pewno nie wiąże się z rzeczonym ruchem, więc nie mógł odwzajemnić gestu. Mógł pozostać jej dłużnym, czy coś w ten deseń,
Trzy dni wcześniej - to nie jest dramat! Scenariusz też nie (chociaż wynika to z dramatu…) Proponowałabym płynne przejście narracją, na przykład: „Któż by pomyślał trzy dni temu, że wyniknie z tego coś takiego…” – i to zaczęte od akapitu, a ten opis trzech dni również zaczęte od akapitu,

Poza tym wszystkim nie podoba mi się, że jako synonim imienia danego dorosłego używasz nazwę domu w Hogwarcie, do którego uczęszczał. Przecież skończył szkołę i nie potrzeba już tego, naprawdę. Niestety, ale musisz wymyślić coś innego, bo drażni takie załatwienie sprawy.
5/15

*bohaterowie:
~pomysł
Trudno mówić tutaj o pomyśle na postaci, gdyż żadna nie jest Twoja. Pomimo to, musiałaś mieć jakiś koncept na ich dalsze losy po szóstym tomie HP.
Zacznijmy od Harry’ego. Rzeczony młodzieniec nie wraca do Hogwartu i ma mały problem z ulokowanymi uczuciami. To pierwsze jest bardzo fajnym i racjonalnym pomysłem, to drugie, po głębszej analizie, również może takim się okazać, chociaż (jeśli miałabym być subiektywna) jest odrobinę felerny. Zrobiłaś z niego człowieka, którego nienawiść przemieniła się w pożądanie… Cóż, niech Ci będzie, chociaż sama mam ochotę Cię za to zatłuc – i to jeszcze na śmierć!
Hermiona na szczęście przez wakacje nie wyładniała, ani nic z tych rzeczy. Jako najmądrzejsza z młodocianych członków Zakonu Feniksa, ma nauczać opuszczonego w nauce Malfoya. Podoba mi się ten wątek.
Ron zostaje całkowicie odtrącony, nikt nawet nie powiedział mu o tym, że Harry nie wraca do szkoły. Szkoda mi go, poza tym nie poświęciłaś mu zbyt wiele miejsca. Potem dopiero rudzielec upomina się o swoje prawa i na szczęście jest go odrobinę więcej. Chwała Ci za to!
Draco przechodzi na dobrą stronę mocy, co wydaje mi się dziwne, ale skoro jego rodzice nie żyją, a on (chyba) utrzymywał bliższe stosunki tylko ze Snapem to da się to racjonalnie wytłumaczyć. Poza tym nic się nie zmienił, oprócz tego, że jest rozgoryczony faktem, że koledzy już go nie kochają.
Snape również okazał się być tym dobrym. Uważam wytłumaczenie tego zjawiska za znośne i bardzo racjonalne. Trochę naciągane, ale to nic takiego. Dzięki temu, że Snape nie rzuca się w ramiona Harry’ego od razu, ani później też, da się jako tako tego slasha czytać. Dobrze, że na razie było mi dane przeczytać tylko te momenty, kiedy Snape traktuje Pottera jak małego robaka. Mam nadzieję, że tak już to pozostanie, ale niestety moja kobieca intuicja mówi mi coś innego. Mam rację?
Mamy jeszcze romans między Tonks i Lupinem. Szczerze powiedziawszy podoba mi się to, jak przebiega rzeczony romans pomiędzy zdrowo „walniętą” Tonks, a konserwatywnym Lupinem. Sądzę, że jest to bardzo racjonalnie przedstawione (wiem, nadużywam słowa „racjonalne” w tej ocenie, ale cóż – bywa).
Pozostali bohaterowie gdzieś tam się przewijają. Nie mogę powiedzieć, że jakoś odeszłaś z chwalebnej ścieżki kanonu – za to masz plus. Minus za slash, ale to gdzie indziej odjęłam. Ucięłam za to, że bohaterowie nie są Twoi – sądzę, że to sprawiedliwe, bo inni wymyślają postaci od podstaw, a Ty miałaś zadanie ułatwione. Mam nadzieję, że za bardzo Cię nie skrzywdziłam, co?

8/10

~przedstawienie
Ech… będzie ciężko.
Wszyscy bohaterowie na razie są przedstawieni psychologicznie prawdopodobnie. Skupię się może nad takimi małymi wybrykami głównych bohaterów, których jest naprawdę niewiele. I najważniejsze – odniosłam wrażenie, że wszystkie postacie nie odskoczyły jakoś od swych pierwowzorów w tomach pani Rowling – a to jest bardzo dobrze, przynajmniej według mnie.
Uważam, że nazywanie Snape’a per „nietoperku” przez Harry’ego nie pasowało do niego. W myślach jest to jak najbardziej znośne, jednak nie wprost do niego. Sądzę, że Potter by się nie zdobył na coś takiego. To taki ułożony chłopczyk… Poza tym nie pocałowałby Snape’a! Po prostu by tego nie zrobił, bo to wbrew jego charakterowi.
Poza tym, ta Hermiona i uwierzenie w niewinność Snape’a. Harry też się szybko z tym pogodził. Może nie jest to jakiś kolosalny błąd, ale zgrzyta.

4/5

~marysuizm
Nada.
10/10

*punkty dodatkowe
Gdyby nie slash, czytałoby mi się to naprawdę cudownie, szybko i byłabym zaciekawiona. To znaczy jestem i właśnie tak mi się czytało, jednak – po pierwsze: błędy, po drugie: slash Harry + Snape. Uważam, że związki homoseksualne w świecie HP dziwnie wyglądają, chyba, że jest to komedia i Harry + Draco. Chociaż „Światło pod wodą” nie było takie złe… Ale to nie zmienia faktu, że jestem niezadowolona z tego wątku. Sądzę, że nawet gdyby Harry czuł coś do Snape’a, to męczyłby się z tym i nikomu nie powiedział – to chyba taki twardziel mały, nie?

7/10

Razem: 84 punkty, czyli średniak, ale może być wyżej. Khm, o wiele wyżej.

Sinis

komentarze [7]


Kolejki czyszczenie. >> piątek, 5 października 2007 07:51:34
Blogi Robert Cycero oraz Hp By Julicka okazały się porzucone, także bez żalu mówię im adieu, i świst z mojej kolejki.


Murdermile
komentarze [0]


Ocena nr 14 - pani-otchlani.mylog.pl >> środa, 3 października 2007 13:07:47
Ha! Panna Murdermile wreszcie zakasała rękawy i zabrała się do pracy – a jako że blog „Walk In Clouds” w pewnym sensie wypadł z kolejki, to oceniam: Panią Otchłani

Pierwsze wrażenie:
W pasku wita mnie tytuł: „Z pięknej w bestię, czyli baśń odrobinę inaczej...”, co już nastraja mnie pozytywnie, bo Murdermile – jak to Murdermile – wszelkie rozwiązania niekonwencjonalne bardzo lubi i całuje po stopach. Szablon w tonacjach purpura-róż, ale o nim więcej nieco później – ogólnie jest estetycznie i schludnie, a więc nie mam na co narzekać. Zabieram się za moją niedokończoną pizzę i przesuwam suwakiem w dół. A-ha. Czyli będzie dużo zabawy.

9/10

Wygląd:
*szablon:

Hm, hm, hm. Tu należy zatrzymać się na nieco dłużej – autobus nie ucieknie, spokojnie, zawsze można dojechać autostopem. Kolory odpowiadają mi jak najbardziej – są stonowane, ale wyraźne, i znakomicie do siebie pasują – swoisty „makijaż” zrobiony bardzo pieczołowicie i ze znawstwem. Czcionka mała, ale czytelna – moja ukochana verdana, w barwie czarnej, którą chwalę i za którą, w razie potrzeby stanę murem. Na stronie głównej jedna notka – i bardzo dobrze – która pozwala nam szybko i sprawnie przesunąć suwak na sam dół, a nie tonąć we łzach rozpaczy, podczas gdy rozciągałby on się godzinami – pole na tekst ani nie za duże, ani nie za małe, tylko całkowicie wystarczające. Na dole wyjaśnienie, że jeśli jestem użytkownikiem Internet Explorer to szablon źle mi się wyświetla – a ja właśnie takowym jestem, i odnoszę (może mylne?) wrażenie, że jednak całkiem dobrze. Być może grafika tak, jak ją widzę, nie była zamierzeniem autorki – ale nawet jeśli, to i tak przedstawia się bardzo sympatycznie. Jedyne, co w szablonie pasuje mi naprawdę średnio – to nagłówek. A to ironia, bo właśnie on powinien stanowić dopełnienie, wisienkę na torcie – najsmakowitszy kąsek, ale tu, niestety, jest to jedynie dość przykra niespodzianka – z tego, co zdołałam się doczytać, owszem pasuje do opowiadania, ale do grafiki – nie. Nie potrafię konkretnie powiedzieć, co w nim tak bardzo razi mój zmysł estetyczny – ale drażni, podobnie jak skrobanie palcami po tablicy czy skrzypienie styropianem. Chciałoby się tylko przyłożyć dłonie do uszu i krzyknąć: „nie słyszę!” a w tym wypadku: „nie widzę!”, ale to przecież nie przystoi – obejrzałam sobie stary design, i powiem szczerze, że tam ów obrazek podobał mi się o siedem nieb bardziej – ten jest jakoś tak nie artystycznie rozmazany, plastikowy, dziwny. Patrząc na dziewoję z mieczem odnoszę wrażenie, jakby była wycięta z kartonu – może takie właśnie było zamierzenie, ale, moim skromnym zdaniem, nietrafne. Napis: „Pani Otchłani [..]” wzbudza aplauz, zdejmuję swój kapelusz z piórkiem i zamiatam nim przed Panną podłogę – jednakowoż to, co powyżej, niezwłocznie bym zmieniła. I to chyba na tyle – wszystko na tak, tak, i jeszcze raz plus, ale nagłówek – jedynie na uśmiech z przekąsem. Pod wąsem.

14/15

*dodatki:
Nie rzucają mi się na szyję żadne galopujące avatary, reklamy czy Bóg najdroższy wie co – archiwum jest, ulubieni w formie linków – są, statystyka jest. Mamy i nawet spis treści – wcale nie tak często stosowany chwyt na mylogowych blogach, a szkoda – zwłaszcza w przypadku tak długich i obszernych jak ten, z pewnością się przydają. Ja sama – pisarz w pięćdziesięciu procentach onetowy – używam go praktycznie zawsze, bo jest niesamowicie poręczny – także za to duży, duży plus. Bardzo podoba mi się podstrona – mrok i zuo, ale w jakże mistrzowskim wydaniu! Wisła płynie, ptaszki ćwierkają, a Murdermile się zachwyca – menu uporządkowane, linki również.. zacieram ręce z zadowoleniem. Coś jeszcze? Nie, już chyba przesłodziłam – herbata herbatą, ale co za dużo, to niezdrowo.

5/5

Treść:
*pomysł:

Murdermile zaciera łapki i śmieje się wyjątkowo nieładnie, chichocze jak szalona. Taktaktak! Pomysł absolutnie trafił w sam środeczek jej wielgachnego serducha – uwielbia, po stokroć uwielbia klimaty mroczne, opowieści o elfach, fantastykę i co tam jeszcze Boziu dasz.. Tutaj znajduje się to wszystko – i, co dość dziwne w dobie opowiadań pisanych z rozmachem ale bez rozsądku – przemyślane do ostatniej kwestii. Wciąż pozostaje jeszcze wiele nieścisłości – w końcu to dopiero pewna część opowiadania – ale mam nadzieję, że rozwiążesz je w przyszłych częściach – choć na razie dodają one historii klimatu tajemniczości i ukrytych za rogiem sekretów, które sprawiają, że chce się pochłonąć całość jak smaczny tort.
Co więc mamy? Wyliczając na palcach: jeden – zdetronizowaną królową, która zostaje przywrócona do życia przez cynicznego nekromantę; dwa – podróż przez Imperium w niewiadomym, właściwie, celu; trzy – demona czającego się w ciele wieśniaczki, który za punkt honoru wziął sobie wymordowanie całej wioski; cztery – klimat średniowiecznej baśni, bogate słownictwo; pięć – niezwykłe, żółte źrenice, które intrygują mnie do bólu.. podsumowując krótko – jestem zachwycona! Uwielbiam takie opowieści, zwłaszcza, jeśli podane są one w smakowitym sosie – a Twoja jest. Zaciekawiłaś mnie – mogę powiedzieć z czystym sumieniem, że czytałam z zapartym tchem – właściwie przebrnięcie przez całą opowieść zabrało mi dwa wieczory, z takim entuzjazmem przesuwałam suwak mojego worda w dół. A to prawdziwa sztuka – mało jest opowiadań, które łączą tak znakomitą fabułą z równie godnym podziwu stylem. Jestem oczarowana.

10/10

*fabuła:
Pewną część, ku mojemu ubolewaniu, zdradziłam już wyżej – nie chciałabym wypisywać tutaj wszystkich jej aspektów, żeby nie zasiać powierzchownej wiedzy w sercach potencjalnych czytelników – a więc, opowieść rozpoczyna się pewnego dnia w zamku królowej pewnego państwa, Kentwarren, panny Rowany Radiant. Owa potężna istota, na której jedno skinienie palcem mógłby zginąć każdy podwładny – czy też zacząć skakać dookoła stołu, bez różnicy – nic sobie nie robi z ostrzeżenia pewnego żebraka, którego nakazuje wpuścić po głębszym zastanowieniu, i w efekcie tej braku wiary – zostaje zamordowana przez swojego żądnego władzy kochanka. Ale czy tak do końca? Otóż właśnie, w kolejnych częściach dowiadujemy się, że jednak nie..
Następnie podążamy wraz z Rowaną do ponurego zamczyska gdzieś hen, niedaleko bagien, zamieszkałego przez jasnowłosą służkę i mrukliwego, sarkastycznego aż do bólu nekromantę, który mimo pozorów, wydaje się wiązać z nią jakieś sobie tylko znane nadzieje i pomysły. Zaczyna ją uczyć, że się tak wyrażę, fachu – szermierki oraz magii, z dość mizernym skutkiem – niezbyt pojętna uczennica z tej naszej królowej. Potem, w wyniku paru niefortunnych wydarzeń wyruszamy wraz z tą uroczą dwójką na wędrówkę – w celach bezpieczeństwa, jak to twierdzi pan zamku, ale coś nie bardzo chce mi się w to wierzyć – Rowana też nie daje sobie mydlić oczu, i wydaje się, że przeczuwa, iż jej wybawca kłamie. I dobrze, do krośćset! Niech ten zadufany w sobie, cyniczny, stary, samotny..
Przepraszam najmocniej.
A więc, jak już mówiłam [pisałam], docierają do pewnej wioski, gdzie panna Radiant na własne oczy widzi dowód na to, jak wiele banialuków nakładł jej łopatą do głowy ów tajemniczy obywatel, ale natrętne pytania zbywa jedną krótką informacją mającą źródło w jej królestwie – i tutaj właśnie dziwi mnie, dlaczego nie chciała dowiedzieć się prawdy jeszcze później. Powinna była naciskać, przyprzeć do muru! Tak, wiem, że z osobnikiem pokroju Niphiliusa nie byłoby to zadaniem prostym, ale jednak..
Należy jeszcze wspomnieć o rudowłosej Clio, która, mimo swoich obciętych uszu nie chce przyznać się do swojego elfiego pochodzenia, i która ze smakiem używa wulgaryzmów, które nieodmiennie gorszą naszą dwójkę; o jej nocnej wyprawie do pokoju Niphiliusa.. muszę przyznać, że w tym momencie i ja o mały włos nie przestałam oddychać – tym fragmentem zwojowałaś mnie całkowicie, jeszcze jedno słowo, a poszłabym za Tobą, kochana autorko, ślepo na koniec świata i jeszcze dalej. Nie dość, że umiejętnie dawkujesz nam i akcję, i informacje, i piękne, rozległe opisy; to jeszcze potrafisz wprowadzić taki klimat, że człowiek momentalnie zapomina o pizzy leżącej obok i stygnącej pod wpływem jesiennego powietrza. Czegoż więcej chcieć? Ja jestem pod wrażeniem, i jestem pewna, że każdy byłby również. I, nie ma mowy, jeszcze tutaj zajrzę – ja już chcę wiedzieć, co będzie dalej!
Żebym się za bardzo nie rozkołysała na tym biednym, niczemu niewinnym krześle, powiem tylko jedno: dziękuję. Dziękuję, że było mi dane to przeczytać. Boże błogosław Sinis!

20/20

*opisy i dialogi:
- Mam nadzieję, iż nie zaplanowałeś wędrówki w głąb osady! – Gwałtownie wskazała palcem najbliższą chatę, aż nieprzyjemnie naciągnęła sobie stawy. Nie chciała pokazać, jaki strach czuje na myśl o takiej ewentualności, lecz jej silnie drżący głos zdradził wszystko.
- Oczywiście, że nie! – Mężczyzna autentycznie wydał się zaskoczony jej pomysłem. Odwrócił wzrok, zapewne wypatrując Clio.
- Naprawdę? – Zszokowana kobieta jego szczerym, niespodziewanym wyznaniem, gwałtownie odskoczyła od niego.
- Oczywiście, że… nie – prychnął, po czym na powrót chwyci jej łokieć i z powrotem zwrócił się w kierunku osady.
– ryczałam jak bóbr, autentycznie. I jak tu nie kochać czarnego poczucia humoru Niphiliusa? Co prawda gdybym była na miejscu Rowany pewnie już dawno usiadłabym na trawie, założyła nogi na krzyż i stwierdziła, że nie idę nigdzie dalej – zwłaszcza bez tabletek uspokajających – ale to nie zmienia faktu, że bardzo lubię ten jego personalny sarkazm. Dialogów nie ma od zatrzęsienia, ale też nie odczuwa się ich braku – mogłabym powiedzieć, że jest to opowiadanie zdominowane przez opisy, ale i to nie byłaby w pełni prawda. Jest tutaj wszystkiego dostateczna ilość – dialogi są naturalne, nie wymuszone; rzeczowe – a opisy? Opisy są po prostu piękne – długie, wyczerpujące, oddziałujące na czytelnika w sposób, który nazwałabym geniuszem – ja miałam wrażenie, że jestem właśnie tam, w samym sercu akcji – że to właśnie ja jestem w tłumie, który ma oglądać egzekucję Clio; że to mnie przeraziły trupy w pustej osadzie. Co chyba mówi samo za siebie – jeśli autorowi udaje się stworzyć tak niesamowity klimat, to znaczy, że kiedyś musi być kimś wielkim. Musi! Bo bez tego ani rusz. I tylko spróbuj, kochana, zaprzepaścić swoją działalność; porzucić pisanie na rzecz kwarków czy mechaniki statków podwodnych, a pewnego dnia, kiedy nie będziesz się niczego spodziewać, spadnę na Ciebie jak grom z nieba, i na kagańcu przyprowadzę z powrotem do klawiatury. Rozkażę: „pisz!” z diabelskim uśmiechem Rowany na ustach.. i nie będzie zmiłuj!
Absolutnie na tak.

10/10

Błędy:
Biorąc pod uwagę długość opowiadania, jest ich stosunkowo niewiele – co nie zmienia faktu, że jednak występują. W moim tekście nie roi się od czerwonych fragmentów, ale jednak potrafię takowe znaleźć – wymienię te najważniejsze, bo szkoda czasu na dogłębne rozpatrywanie literówek czy połknięcia przecinka.
„Elfowie” – taak, a za nimi susem człowieki i królowce.. poprawna forma to „Elfy”.
„[..]choć ich wyraz nie porzucił wyrazu[..]" – a to co to, za przeproszeniem, za nadęta figura? Aż mnie zaczął swędzieć łupież na głowie. Decyzja: albo pierwszy „wyraz”, albo drugi. Nie można mieć równocześnie i kawy z pianką i soku pomarańczowego.
„o wiele bardziej przyjemniejsza” – „ o wiele bardziej przyjemna” albo: „o wiele przyjemniejsza”.
„nieznających” – nie znających. Ale tego typu błędy akurat potrafię wybaczyć, bo ja sama zawsze mam problemy z tym niefortunnym „nie” – wychwyciłam właściwie tylko dlatego, że mi word na czerwono podkreślił. Ale ani słowa, bo wyjdę na taką, która w programie edukacji opuściła kilka ważnych lekcji. ;)
„przyszłem” – łaa!
„ale i też ostry” – lepiej brzmiałoby: „ale też i ostry”.
„nagdzy” – nadzy.
„wielkie zasłony” – zasłony nieszczególnie mogą być wielkie. Ewentualnie długie.
„ziewną” – ziewnął.
Oprócz tego parę przecinków nie na swoim miejscu, radziłabym używać większej ilości średników – w niektórych fragmentach aż razi ich brak. Błędów logicznych właściwie nie ma, co jest wspaniałym osiągnięciem – tylko pogratulować. Albo Twoje beta jest tak dobra, albo to Ty powinnaś wystąpić w jakimś konkursie ortograficznym czy Jeżu Chytry wie, w czym bądź jeszcze, i przyjść do nas z wykwintnym laurem na głowie.

13/15

Bohaterowie:
*pomysł:

Hm, hm, hm. Hm. Polecam się. Niphilius – rewelacyjny ze swoim czarnym humorem, cynizmem, sadyzmem we wczesnym stadium – mimo że mogę go nie lubić, to na pewno skłoniłabym przed nim głowę, bo jest na tyle charakterystyczną postacią, że nie szanować go nie można. Z początku zastanawiałam się: „A co to, kurde belek, za dziwny gość?”, i, co dziwne, zastanawiam się dalej – mimo iż jest go w opowiadaniu pełno, to ciągle nie wiemy o nim tyle, ile byśmy chcieli. I wiecie co? To popłaca, bo czyta się każdy kolejny rozdział z nadzieją, że wreszcie dasz nam jakiś ochłap nowych wiadomości o nim – i dajesz, dajesz. I wraz z każdym intryguje coraz bardziej.
Rowana – postać dość malownicza, właściwie można by jej charakter podzielić na dwa etapy rozwoju: „przed” i „po”. Mimo iż nie zmieniła się jakoś specjalnie, to jednak ten nowotwór przeobrażenia też zrobił swoje – i nasza nowa panna Radiant jest na pewno bardziej uległa, pokorna i potrafiąca uczyć się na błędach. Dalej niewiarygodnie dumna, i, w niektórych sytuacjach zwyczajnie głupia – ale z honorem, z, olaboga, uczuciami.
Clio – mój faworyt; wulgarna elfka z obciętymi uszami, łukiem na ramieniu i ciętym językiem. Może tak bardzo darzę ją sympatią, bo trochę przypomina mi mnie samą? No nie, żebym biegała po korytarzach co dwa słowa wykrzykując: „kurwa mać!”, ale mówimy w mniej więcej porównywalnych ilościach – i zawsze miałam tą dziwną słabość do postaci z kołczanami, która jest jak chrząstka w kolanie i strzyka w najmniej oczekiwanych momentach.

10/10

*przedstawienie:
Nie na zasadzie: „a królik to uszy miał, i nos miał, i po łące ki-cał”, ale dokładne i pozwalające nam wyrzeźbić sobie samemu w wyobraźni figurę danej postaci. I wygląd, i charakter mamy jak na tacy – szeroko opisany, z uwzględnionymi najmniejszymi szczegółami – tak, że w głowie tworzy nam się jawny obraz każdego z nich, w krzykliwych a naturalnych jednocześnie tonacjach. Wiadomo – tak jak bez mąki nie ma ciasta, tak bez bohaterów nie ma opowiadania – i myślę, że milową zasługą tego, że „Pani Otchłani” tak bardzo przypadła mi do gustu, byli właśnie oni, te główne, dumne szkielety podtrzymujące cały ciężar gzymsu na swoich barkach. Nawet ci poboczni, znajdujący swoje miejsce i ciepłą czekoladę tylko w jednej scenie są przedstawieni dokładnie – ot, choćby ów kapłan, któremu Clio nieudolnie próbowała sprzątnąć sprzed nosa sakiewkę czy mistrz Avenlay’a, który, bądź co bądź, również zyskał ogromne pokłady mojej sympatii, którą, wbrew pozorom, wcale nie tak trudno zdobyć.

5/5

*marysuizm:
Oj na kościół mariacki i Tool’a w Berlinie, przydałoby Ci się chociaż jeden punkt odjąć! Ale ja nie mam pojęcia za co, i w tym czai się diabeł. Marysuizmu nie ma za grosz, wygoniłaś ją zabłoconymi kaloszami prosto na śnieg – i bardzo dobrze, niech marźnie. Niby ktoś mógłby stwierdzić: „no, ale przecież Rowana była taka piękna et cetera..”, ale właśnie: była. A poza tym, wbrew obiegowej opinii, marysuizm wcale nie równa się urodzie – to, że ktoś urodził się z twarzą miss world wcale nie znaczy, że musi być pustym i płaskim gamoniem w środku. A Rowana na pewno taka nie była – i, uwaga uwaga, owszem miała wady, tak jak każdy, nie zmutowany przez eliksiry Niphiliusa czy innego cwanego nekromanty człowiek.

10/10

Punkty dodatkowe:
Będą, jasna sprawa. Ale nie pełna dziesiątka, bo Ci odejmę po raz kolejny za ten nagłówek i za to, żeś jest najukochańszym autorem jakiego znam – nikt mi jeszcze nie zaserwował w ostatnim czasie tak dobrej porcji prozy, i to za darmo! Nie no, żartuję. To znaczy, co do tego, że Ci za to odejmę punkty – byłabym oceniającą zUą i niesprawiedliwą, ahaha. Hej, bez sójek w bok proszę! Aha, jasne, niechcący..

9/10

Razem: 110/115
PANACEUM
, moi drodzy, Panaceum. Murdermile wypina pierś z dumą, że to właśnie ona wsadza tam za szelki pierwszego bloga z tej kategorii – i zastanawia się niespokojnie, czy to ona jest tak łagodna, czy opowiadanie rzeczywiście tak dobre – i ma nadzieję, że jednak to opcja druga. Bo, według mnie, całkowicie zasłużenie – czy mogę mieć jakiekolwiek zastrzeżenia? Tak, zmieniłabym obrazek w szablonie, postawiała więcej średników.. i pisała więcej, zdecydowanie więcej! Bo jak nie, moja droga, to ocenę skoryguję i ciachnę punkty tak, że aż zaboli.. odsłonię swoją drugą stronę – moją sadystyczną naturę, prawie jak Niphiliusa.
Dobra, dobra. To nie było na poważnie. Ciesz się dziewczyno, ciesz – bo oto właśnie zdobyłaś serce Murdermile. W przenośni, oczywista.

Aloha! Żegna państwa Murdermile z uśmiechem kota z Chesire na twarzy.
I bynajmniej nie posturą Alicji z Krainy Czarów.
komentarze [3]


No nie! >> sobota, 29 września 2007 08:49:15
Kurczaki pieczone, wracam, i zastaje mnie bardzo nieprzyjemna niespodzianka - blog, który miałam oceniać, okazuje się porzuconym; a ja już miałam poprawiony cały tekst i obcykaną fabułę. No cóż, mówi się trudno. Mam nadzieję, że autorka wróci - bo mnie się podobało, zdradzę z góry, więc po prostu przełożę blog "Walk In Clouds" na sam dół kolejki; może jeszcze będę miała okazję go oceniać. ;)

pees. Holly, szablon cudniasty ;*

Murdermile
komentarze [1]


Ocena nr 13: t-oo-little-t-oo-late.mylog.pl >> środa, 19 września 2007 21:02:06
Jakbym dostała jakiegoś wiatru w żagle. Pruję ostro do przodu. Oby tak zostało.
A tak marginesem... Co myślicie o nowym szablonie?


Oceniam: t-oo-little-t-oo-late

Pierwsze wrażenie:
W oczy rzucił mi się dziwny adres (cóż ja mam z tym czepianiem się adresów?). Po pierwsze nietypowy sposób napisania, a po drugie tytuł wiejącej komerchą piosenki totalnie nie w moim guście. Ciekawie nie jest, gdyż powoli zaczynają nachodzić mnie złe przeczucia. Mówię sobie jednak "adres jeszcze o niczym nie świadczy" i wchodzę na bloga. Szablon raczej mi się nie spodobał i nie sprawił, że poczułam się, jakbym była tuż przed przeczytaniem czegoś profesjonalnego i dobrego. Owo wrażenie pogłębiły jeszcze jakieś rozmigotane ikonki i uciekający tytuł. Od progu wszystko, na szczęście w dość subtelny sposób, wskazywało na to, iż mam do czynienia z tworem jakości średniej. Oczywiście znalazł się też plus... Mała ilość tekstu do przeczytania.

4/10

Wygląd:
* szablon:

Jak już mówiłam, jest dość marny, może nawet z lekka tandetny. W odcieniach beżu i brązu, czyli jedynych kolorów, jakich nie lubię. Napis "cnota to proza, niewinność to poezja" zapewne z powodu pokaźnych rozmiarów rysy na psychice kojarzy mi się z jakimś erotykiem, a skojarzenie to jest jeszcze podsycane przez roznegliżowaną modelkę na fotografii. Menu wygląda, jakby było dość niefortunnie przyklejone tanim klejem przez dziecko z przedszkola i zaraz miało się odczepić. Linków w Operze nie widać, więc musiałam się przerzucić na Mozillę, aby nie mieć problemów ze skakaniem między kolejnymi rozdziałami. Cóż, przynajmniej jako tako sprawia wrażenie dość... estetycznego...
Więcej zażaleń nie mam. Ale w sumie layout nie jest Twoją winą, jeśli nie liczyć faktu, iż to Ty go pożyczyłaś i wstawiłaś.

8/15

* dodatki
Od migających ikonek, tekstu, który najwyraźniej cierpi na nadpobudliwość ruchową, gdyż nie może usiedzieć w miejscu, oraz avatara dostaję niemal oczopląsu. Takie szmery-bajery stosowane są na blogach jedenastolatek, a do bloga z opowiadaniem pasują jak świni homonto.
Zaglądam do "o mnie", a mojej wyobraźni skrzydła zostają podcięte już na samym wstępie przez fotografie mające przedstawiać wizerunki bohaterów. W ich opisy się nie zagłębiam, bo i po co? Wszystko powinno znaleźć się w tekście właściwym.
Od odtwarzacza muzyki trzymam się z dala. Muzyka tego typu niestety wpływa na mnie w sposób dość niegatywny.

1/5

Treść:
* pomysł:

Prześliczna modelka i supersławny piosenkarz. Ona zakochana w nim od dawna, on w niej od pierwszego wejrzenia. Wszystko podczas wysublimowanego (fajne słowo) pokazu mody w ekstrawaganckim hotelu.
Kwik.
Nie jest to coś, czym byłabym zachwycona. Ba. Nie jest to coś, co by przypadło mi do gustu. A jeśli mam być już szczera całkowicie, pomysł mi w ogóle nie podchodzi. Jakoś nie ciągną mnie historie tandetnych plastikowych miłości rodem z Hollywoodu. I jeszcze informacja, iż wszystko inspirowane jest dość banalną pioseneczką JoJo, chociaż ja tam wpływu owej muzyki się nie dopatrzyłam. Nie wiem, może jestem płytka albo niezdolna do głębszej interpretacji tekstu. Dlatego pokwikiwałam sobie cicho podczas czytania. Nie skreśliłam jednak całości od razu, gdyż wychodzę z założenia, iż każdy pomysł może być pomysłem dobrym pod warunkiem, że autor umiejętnie go rozwinie. Z pomyślunkiem, świeżością i ciekawie.
Cóż, niestety tego zabrakło, wobec czego została sama goła niezbyt ciekawa koncepcja.
I wyjaśniły się moje pierwsze skojarzenia z erotykiem...

1/10

* fabuła:
Da się ją streścić jednym słowem. Nuda. Oczywiście myśl ową można rozwinąć do słów dwóch, żeby nie było, iż oceniające drogi do perfekcji mają ubogie słownictwo. Rozgotowany makaron. A żeby udowodnić ewentualnym niedowiarkom fakt posiadania słownictwa nie tylko nie ubogiego, co wręcz bardzo bogatego, gotowa jestem bez najmniejszych problemów wypowiedzieć się w słowach trzech: rozciapciane leniwe kluchy.
Nie żebym miała coś przeciwko prostym obyczajówkom. Skądże znowu! Przyznaję się z dumą do bycia fanką twórczości pani Musierowicz. Oj, ona to potrafi tworzyć. Oczywiście nie oczekuję od autorów, aby od razu dorównywali jej poziomem, ale czytelnika zaciekawić jednak trzeba. Można skoncentrować się na rozwoju uczuć bohaterów, zmianom, jakie w nich zachodziły i tego typu zagadnieniom psychologicznym. Można również wprowadzić trochę akcji. Ty próbowałaś, ale wyszło Ci dość średnio. Niby stwarzałaś im jakieś problemy, ale po przepłakaniu pięciu linijek przez główną bohaterkę, problemy szybko się rozwiązywały. Poza tym były to kłopoty strasznie wydumane, jakby rodem z telenoweli. Mnie to jakoś nie wzrusza. Mogłaś również bardziej rozbudować samą część poznawania się Hannah i Gabriela. A tymczasem zobaczyli się, trochę o sobie pomarzyli, powzdychali do pustych ścian własnych pokoi hotelowych, a potem nastąpił moment kulminacyjny lub raczej momentów kulminacyjnych kilka i wielka miłość na amen. Nie ma w tym jakiejś takiej głębi, polotu, lekkości ani ciepła, które by porwało moje małe serduszko, a nawet może i mnie rozczuliło.

8/20

* opisy i dialogi:
Może i mają rację wszyscy ci, którzy chwalili Cię za umiejętne opisy uczuć. Poniekąd. Nie szczędziłaś na nie słów i w większości faktycznie były dobre. Czasem jednak przesadzałaś, próbowałaś kombinować, na siłę używać barwnego słownictwa, co nie wyszło Ci na dobre, gdyż zaczynało wówczas powiewać groteską.
Zawartość buzi Corny wylądowała na podłodze i zaczęła się krztusić. – a potem udusiła się i umarła. W sumie się jej nie dziwię. Też bym umarła, gdybym była przeżutą i wyplutą przez kogoś zawartością buzi.
Jego męski instynkt podpowiadał, że tego wyjazdu będzie się dobrze bawił. – Męski instynkt? A może kobieca intuicja, hę? Czyżbyś zamiast bohatera stworzyła bohaterkę?
Przez hall przechodziło tonę ludzi. – od kiedy to ludzi mierzy się na tony? To nie węgiel wrzucany do pociągu towarowego.
Spódniczka przed kolana z rozcięciem, turkusowa bluzka z cekinami i żakiet oczywiście brązowy. – może jestem jakaś dziwna, ale dla mnie brązowy kolor żakietu nie jest taki oczywisty.
-Jesteś przed czasem.- Zauważył bystro – tak, w istocie takie spostrzeżenia wymagają wielkiej bystrości umysłu.
Owe wydarzenie sprzed sekundy jeszcze nie dotarło do logicznej części ciała jaką jest mózg. – jak dla mnie inne części ciała jak choćby nogi, ręce, oczy czy żołądek są nie mniej logiczne.
Stał pod płyta drewna potocznie zwaną „drzwiami”. – A to rozłożyło mnie całkowicie. Drzwi to drzwi, a nie żadna „płyta drewna”. No chyba że się mieszka w buszu i owe drzwi powstają metodą zrób-to-sam z kawałków gałęzi tudzież innego śmiecia.
Nie kombinuj, nic na siłę. Z nadgorliwości i nadmiaru starań zazwyczaj nie wychodzi nic pozytywnego. Poza tym myśl, o czym piszesz.
Jeśli chodzi o dialogi, wydały mi się one sztywne, plastikowe i bardzo nienaturalne. Jest i przykład oczywiście.
-Nie porównuj mojej miłości do ciebie z pieniędzmi! - Krzyknęła tak by zrozumiał i dał spokój sobie.
-Czy to co powiedziałaś to była prawda?
-Tak dobrze słyszałeś. Kocham cię. Do cholery kocham! Ale teraz to nie ma najmniejszego znaczenia.
-Nie może mnie nikt pokochać jak ty, bo tylko w Tobie jest mój świat. Bo w twych oczach widze siebie. Bo w twym sercu schowałaś moje. Dziś jeszcze obiecałaś nauczyć mnie tej miłości. Czy zabierzesz mi wraz z sobą tą wiarę?
-Nie chcę, jej odbierać ciebie. Szczególnie, gdy tak naprawdę ty nigdy nie byłeś mój.
-Mylisz się. Stoję tu za tobą i choć nie umiem powiedzieć kocham to należę tylko do ciebie.- Odwróciła się przodem do niego.

Ludzie nie rozmawiają ze sobą w ten sposób. Przynajmniej nie ci żyjący poza szybką telewizora, w którym akurat leci kolejny odcinek jednej z wielu nudnych brazylian. Nie wspominając już o tym, że nie porozumiewają się za pomocą wyśpiewywania tandetnych piosenek. Za takie nietrafione pomysły wielka krecha.

6/10

Błędy:
Pierwsza myśl, jaka naszła mnie po przeczytaniu kilku zdań, brzmiała: A gdzie, do cholery, wywiało przecinki? Jakby pożarł je ogromny przecinkożerczy potwór lub wchłonęła czarna dziura. W pierwszej notce pojawił się może jeden. Potem stan interpunkcji nieznacznie się poprawił, jednak wciąż nie na tyle, bym mogła go zaakceptować.
Dostrzegłam również kilka literówek oraz błędów z serii "inne".
-AaAaAA pojebało cię młoda? – nie uzasadniony wulgaryzm, co świadczy o braku odpowiedniego słownictwa, a na dodatek trawiaste pismo.
Dotarła pod drzwi 3560 ostatnie piętro. Z okien rozpościera się widok na Los Angeles. Teraz nocą jest wyjątkowo piękne. Lecz ona wolała wyjąć z portfela zdjęcie i myśleć o nim. – pomieszanie czasów.
Było kilkanaście minut po 4. – godziny lepiej pisać słownie.
I absolutny hicior. Zdanie wręcz genialne:
Zdezorientowana w rzeczywistości nie zauważyła nawet, że drzwi z wielkim impotentem lecą na metalową framugę robiąc nie mały hałas. – Musiałam kilka razy zamrugać oczami i przeczytać dokładnie każdą literkę tego słowa, aby upewnić się, że wzrok na spółkę ze skrzywioną psychiką nie płatają mi figli. Ale nie. To była rzeczywistość. Tam ewidentnie był impotent! A na dodatek impotent latający na drzwiach. Ty sadystko! Daruj impotentom takie przygody, i tak nie mają łatwego życia.

8/15

Bohaterowie:
* pomysł:

Wiemy o nich jedynie, czym się zajmują i że są super sławni, super rozchwytywani i super utalentowani. Charakterów im brak. Nie wyróżniają się niczym szczególnym. Są nudni, płascy, tandetni i zrobieni jakby z makaronu-świderków. Nie przybliżyłaś nawet ich wyglądów, pozostawiając czytelnikom fotki w dziale "o mnie". A gdybyś tak przypadkiem kiedyś chciała to wydać (już nawet załóżmy, że ktoś sięgnąłby po Twoją twórczość, może nawet za nią zapłacił), czy w książce też zamieściłabyś dział "o mnie" przedstawiający fotografie? Wątpię. Kolorowy tusz jest dość drogi.
Nie. Nie podobają mi się. W ludziach piękne jest to, że są różni i każdy - choćby wydawał się być najbardziej banalny - ma jakieś cechy szczególne. U Ciebie zamiast ludzi grają postaci wycięte z kartonu.

0/10

* przedstawienie:
Czytaj wyżej. Plus mogę do tego jeszcze dodać, iż są strasznie płytcy w ogólnym zarysie. Gabriel zwłaszcza. Po jednym spojrzeniu na Hannah już wiedział, że dziewczyna ma świetny i intrygujący charakter. Czyżby miała to wypisane na czole? Nie oceniaj książki po okładce, pozory mylą, dobrze widzi się tylko sercem, bla-bla-bla. Na dodatek cała Alyson została przez niego skreślona jako dziewczyna głównie dlatego, że nie była tak ładna jak Hannah. Tak przynajmniej wynikało z tekstu.
Daruj.
Niemożliwym jest umiejętne przedstawienie bohaterów, jeśli prowadzą oni drewniane dialogi, a ewentualne dotyczące ich opisy przedstawiają ich uczucia do siebie. Cóż, dobrze, że przynajmniej tyle mają w sobie ludzkości.

1/5

* marysuizm:
Panna Mary Sue wlazła bezczelnie z buciorami, rozsiadła się na kanapie i czeka na herbatkę. Odmów jej tej przyjemności i wywal szybko za drzwi, bo raz przyjęta w czyjeś progi, nie daje się tak łatwo przegnać.
Więcej życia, więcej realizmu, mniej przesady z idealizowaniem. Życie modelki to nie raj, a próby ważnego pokazu nie przerywa się dla jednej blondyny, która nie może się skupić.
No chyba że jest Claudią Schiffer.

3/10

Punkty dodatkowe:
Warsztat masz nawet całkiem niezły. Uczucia potrafisz opisywać. Popracuj jednak nad przecinkami i przede wszystkim myśl nad tym, czy to, co piszesz, na pewno ma sens. Żeby nikt więcej nie musiał oglądać impotentów w dziwnych sytuacjach. Weź się również za bohaterów, spróbuj wgłębić się w ich psychikę, postaw się na ich miejscu. I błagam, niech nie mówią do siebie piosenkami!
Poza tym porzuć banały. Zauważyłaś może, jak często w tej ocenie pojawiło się słowo "tandeta"? I to wcale nie dlatego, że je jakoś szczególnie lubię.
Generalnie jakiś potencjał masz - to przyznaję.

5/10


Razem: 45 punktów. Twoje opowiadanie jest Prowizorką. Bywa i tak.

Pistacja

komentarze [5]


Ocena nr 12: dudka.mylog.pl >> niedziela, 16 września 2007 11:59:17
Panna Pistacja zwana również w pewnych kręgach nie bez przyczyny Leniem w końcu bierze się do roboty. Drżyjcie narody... czy jak to tam szło. No.

Oceniam: Dudkę

Pierwsze wrażenie:
Historia o Lily i Jamesie. Niby brzmi banalnie, lecz ja lubię właśnie te klimaty, w związku z czym na wstępie jestem nastawiona umiarkowanie przychylnie. Czemu tylko umiarkowanie? Adres nie powiedział mi absolutnie nic. Czy się bać autorki-grafomanki posiadającej zero talentu i umiejętności pisarskich czy może cieszyć z nadchodzących kilku tudzież kilkunastu godzin ciekawej lektury? Bo wbrew pozorom z adresu można pewne rzeczy wywnioskować. Tymczasem nie wiadomo mi nic oprócz tego, jaki szanowna Autorka nosi pseudonim. Jedynym sposobem na przekonanie się o jakości jej twórczości jest wejść i po prostu sprawdzić to osobiście.
Wchodzę więc i... zatrzymuję się w progu dość zniesmaczona.
Ogarnęła mnie dziwna smutna szarość swoim wzorem przypominająca starą, wydeptaną przez dziesiątki stóp wycieraczkę. Spoglądało na mnie dwoje przenikliwych oczu (aż się pod tym spojrzeniem zlękłam, o ja biedna) i kilka rozpikselizowanych zdjęć pozostałych bohaterów umieszczonych na puzzlach. Niby pomysłowo, ale jednak mi się to nie spodobało. O nie. Zwłaszcza, że po bliższym przyjrzeniu się, odkryłam ze zgrozą, iż James Potter - mój absolutny idol i ulubieniec - przedstawiony jest jako uroczy (bądź nie - kwestia gustu) emo. Ach. I czcionka, której użyłaś również mi się nie spodobała.
Tak wyglądał mój pierwszy spacer na Twojego bloga. Potem na szczęście zmieniłaś ten szablon, który moim skromnym zdaniem był okropny.

5/10

Wygląd:
* szablon:

Poczułam ulgę, kiedy wróciwszy z wakacji, weszłam na Twojego bloga i zostałam powitana przez nowy layout w odcieniach zieleni i czerni, z którego spogląda na mnie trochę buntowniczo panna Alexz Johnson. Niegdyś sama używałam jej wizerunku do przedstawienia bohaterki swojego opowiadania, a ponadto pasuje do osobowości wykreowanej przez Ciebie Lily, w związku z czym przyjęłam ją przychylnie. Zupełnie odwrotnie było natomiast z owym przedstawicielem płci męskiej plątającym się jej gdzieś pod nogami. Że co to ma niby być? Czarny i mhrroczny optymista Rogacz odziany w skóry? Coś mnie ominęło?
Poza tym wszystko ładnie skomponowane, jak zwykle bardzo pomysłowe menu, o czym bardziej szczegółowo w podpunkcie poniżej, i niestety ponownie nie podobająca mi się czcionka. Muszę jednak przyznać, że w wersji zielonej na tle czarnym prezentuje się lepiej niż w wersji czarnej na tle szarym.
Szkoda tylko, że na podstronach zostawiłaś ten szary niewypał.

12/15

* dodatki:
Absolutnie ujęłaś moje małe, zdziwaczałe i mocno spaczone serduszko swą kreatywnością, jaką wykazałaś się przy wymyślaniu menu. Więcej dodatków wprawdzie nie widzę, ale ja jestem fanką skromności wszelakiej, a za menu masz u mnie ogromnego plusa i maksimum punktów.

5/5

Treść:
* pomysł:

Oryginalnością, niestety, nie błyszczy. Historii o Lily i Jamesie było niezwykle wiele. Wprawdzie zaczynałaś dawno temu, gdy internetowy świat fan ficków dopiero się rodził i kiedy temat romansu powyższej pary nie był jeszcze tak do bólu utarty i wyświechtany, więc raczej nie można Ci zarzucić ślepego podążania wydeptanymi przez innych ścieżkami. Hm. Cokolwiek miałabym przez to na myśli...
Niestety nie wprowadziłaś u siebie jakichś innowacyjnych rozwiązań, czegoś nietypowego, zaskakującego... Nie licząc połączenia Narcyzy z Remusem, z czym się dotychczas nie spotkałam, oraz faktu, iż nie skupiłaś się jedynie na Rudej i Rogaczu, a ukazałaś również życie uczuciowe ich przyjaciół, co dla mnie jest plusem i kolejnym świadectwem Twojej kreatywności. Opowiadanie można określić jako czysto obyczajowe. No i w porządku, bywa też tak. A ja i tak jestem fanką Huncwotów z Rogaczem na czele, więc mogę o nim czytać w kółko to samo bez szczególnych obrażeń psychicznych.

6/10

* fabuła:
W przypadku opowiadań, na które pomysł był powielany wielokrotnie przez różnych autorów, ciężko jest ustalić, z której strony należałoby "ugryźć" ich fabułę i w jaki sposób ją ocenić. Wiadomo, iż należy spojrzeć na psychologiczny rozwój bohaterów i ich uczuć oraz zwrócić uwagę na wciągającą i wartką akcję, jeśli taka oczywiście występuję - czyli postępować całkowicie schematycznie. Powinno się jednak również rzucić czujnym oczkiem krytyka-z-własnej-woli-boRZe-chroń-pokemony na stereotypowość, czyli ewentualny brak oryginalności lub wręcz przeciwnie.
Zresztą nieważne. Jakie to ma znaczenie? Dla Ciebie w sumie żadne, więc przechodzę do sedna sprawy i tego, po co wszyscy (prawdziwy tłum) się tu zebraliśmy.
W tworzonej przez Ciebie historii spotkałam się z wątkami całkowicie nieoryginalnymi oraz z tymi zupełnie świeżymi. Do tych pierwszych zaliczyć można choćby miłość Syriusza do przyjaciółki Lily, wspólny szlaban, podczas którego nastąpiło coś w rodzaju kulminacyjnego momentu ich znajomości, czyli sytuacja, którą można skwitować krótkim "oł soł słit, a od słodkości bolą mnie zęby" lub "soł (fakin) typikal". Caroline trochę naiwnie uwierzyła w miłość Syriusza, który wcześniej nie zwracał przecież na nią uwagi, a ponadto miał opinię babiarza. Niby z początku odrzucała od siebie to uczucie, ale szybko chętnie rzuciła się w jego ramiona. Zresztą on sam okazał się być jedynie płytką męską świnką zwracającą uwagę jedynie na powierzchowność. Nieciekawie, hm?
Przejdźmy jednak do oryginalności. Nie twierdzę, że wszystkie jej przejawy przyjęłam z jakimś szczególnym entuzjazmem, bo kłótnia Jamesa z Syriuszem o niby romans Łapy i Lily była dość... no cóż, kiepsko zmotywowana, melodramatyczna i z lekka wręcz przerysowana.
"Ach, Syriuszu, myślałem, że jesteś moim przyjacielem. Ty świnio! Przytulałeś moją miłość! To przejaw najwyższego uwielbienia! Nie wybaczę ci tego, chociaż jako najlepszy kumpel powinienem wybaczać ci wszystko i cieszyć się twoim szczęściem." I tu, po tym wywodzie powinien nastąpić siarczysty policzek wymierzony Syriuszowi przez Rogatego, który stroił fochy jak pięciolatek. O zwykłe przytulenie. Przyjaciołom się ufo, nie?
Muszę przyznać, że przyklejenie się do Lily mi się podobało. Pomijając kilka drobnych uwag o przeciwwskazaniach natury fizycznej do licznych wygibasów i pozycji, w jakich się razem znajdowali podczas owego połączenia. Było to urocze, rozczulające, bardzo ciepłe i szczerze żałowałam, że skończyło się tak szybko. Wątpię jednak, aby McGonagall z tak błahego bądź co bądź powodu zwolniła parkę z lekcji na miesiąc. Zwłaszcza przed SUMami, kiedy należy się uczyć, uczyć, uczyć... i tak dalej.
Do gustu przypadł mi również stosunek Narcyzy do czapki Remusa... jakkolwiek dziwnie dla niewtajemniczonych to zdanie mogłoby zabrzmieć. Ale o nietypowych związkach i uczuciach rodzących się między bohaterami napiszę poniżej.
Podsumowując w skrócie: rączki są, nóżki są, oczkami ładnie mryga i uśmiecha się do mnie szeroko, nie wykazując przejawów nieskładności, niekonsekwencji, przesadnego przesadyzmu czy zamiłowania do pokemonów, czyli głównych grzechów przeciwko fan fickowi i opowiadaniom generalnie. Na Twoją korzyść działa również fakt, iż Twoje opowiadanie było jednym z pierwszych o tej tematyce, więc raczej nie powinnam Ci zarzucać celowego trzymania się utartych ścieżek.
Trochę jest do dopracowania, brakuje mi również jakiegoś dreszczyku i magicznej atmosfery Hogwartu, ale ogólnie akceptuję, a nawet jestem na małe tak. O.

13/20

* opisy i dialogi
Genialne poczucie humoru. Ge-nia-lne! Jestem pod wrażeniem. Dzięki niemu czytało się niezwykle przyjemnie, a ja wielokrotnie wylądowałam pod krzesłem, obijając sobie tyłek, co jednak Ci wybaczam. Czasem jechałaś po krawędzi dobrego smaku, ale nie przekraczałaś jej i nie schodziłaś na "złą stronę mocy", trafiając akurat w mój lekko perwersyjny gust.
Biję pokłony i składam hołd.
No dobra. Dość słodzenia. Obnażam kiełki i zaczynam gryźć.
Dostajesz ode mnie mega-kopa za przecinki. Popełniłaś wszelkie możliwe błędy i grzechy przeciwko interpunkcji, jakie można sobie wyobrazić. A ja skrupulatnie każdy wyliczałam, aby teraz je zliczyć i Ci brutalnie wytknąć. Więc uwaga, zapomniałaś dokładnie o... siedmiuset przecinkach, co podzielone przez sześćdziesiąt jeden, czyli liczbę notek daje około jedenaśćie i pół brakującego przecinka na notkę. Zdecydowanie za dużo. Na szczęście widać, że się rozwijasz i w ostatnich rozdziałach błędów było bardzo mało. Nie zmienia to jednak faktu, że jestem oburzona.
Pogubiłam się też w narracji. Zmieniasz ją jak w kalejdoskopie. Raz jest pierwszoosobowa tylko z perspektywy Lily, potem z perspektywy różnych bohaterów, a jeszcze kiedy indziej sama ją opisujesz jako wszechwiedzący narrator. Zdecyduj się.
Umiesz wyrazić słowami swoją koncepcję zachowania bohaterów. Pewna notka jednak była przekombinowana pod względem opisów. Jeden przykład nawet sobie wynotowałam:
Po tym jakże optymistycznym zakończeniu przemówienia, gdy wszystkie ślepia – te większe i te mniej wylatujące z orbit... – to brzmi, jakby duże ślepia bardziej wypadały z orbit niż ślepia małe. Osobiście znam osobę o dużych oczach, lecz przez całe swoje życie jej oczy ani razu znikąd nie wyleciały... ale spójrzmy na dalszą część tego zdania. Bo jest na co popatrzeć – wpatrywały się uważnie w osobę dyrektora, których właściciele zapewne zastanawiali się, w jakiż to przedziwny sposób nowe ciało nauczycielskie zjawi się w Wielkiej Sali – czy może zmaterializuje się na środku stołu nauczycieli, a może „spadnie” w spektakularny sposób z sufitu, lub może wreszcie pojawi się ot tak – ni z gruszki, ni z pietruszki, potężne drzwi równie potężnej Wielkiej Sali, otworzyły się z przeciągłym zgrzytem – dziwna interpunkcja, dziwna odmiana wyrazów, jeszcze dziwniejsza składnia i jak już wspomniałam, całe to zdanie zdaje się być aż do przesady wydumane.
Generalnie, mimo tej wpadki, którą puszczam w niepamięć, piszesz zgrabnie, z sensem i widać, że sprawia Ci do dużą przyjemność. A jeśli autor czerpie radość z tworzenia, czytelnik również ją odczuwa podczas czytania.

7/10

Błędy
Za przecinki już pogryzłam, błędów ortograficznych nie zauważyłam lub je zwyczajnie pominęłam, gdyż nie były zbyt rażące. Przejdźmy więc do błędów językowych, czyli moja ulubiona część oceny, jaką są wypisane "perełki".
...a ty, Mobsthank, zostaniesz tutaj i wyczyścisz 2 z tych półek-wskazała palcem na 5 regałów znajdujących się w kącie gabinetu. – tego typu liczebniki piszemy słownie. Ładniej to wygląda.
Przechodząc obok tego „czegoś” zobaczyłam big big smajl, za co ja odwdzięczyłam mu się spojrzeniem mrożącym krew w żyłach. – bez dziwnych, kosmicznych spolszczeń obcych wyrazów, proszę. Piszesz opowiadanie po polsku, więc posługuj się polską mową, a nie nienaturalnymi, nieciekawymi neologizmami. Nie jesteś mistrzem pokemon.
Może bała się, że Ruda będzie mieć jakieś wąty co do jej decyzji. – podczas używania narracji trzecioosobowej, tego typu potocyzmy są bardziej niż niewskazane. Mnie wybitnie odstraszają.
...taki ochotnik się znalazł, przybierając postać mego wieloletniego przyjaciela – czyli wcześniej miał inną postać. Skrzata domowego? A może druzgotka lub bogina? Te ostatnie lubią przybierać różne postaci, jak wiadomo.
... po czym rzucając jeszcze raz okiem na ten „artystyczny nieład” jak to miał zwyczaju nazywać ten „burdel” James... – po primo: wcięło tu „w”, a po secundo: może moja psychika jest stanowczo za bardzo skrzywiona jak na osobę w moim wieku, ale słowo „burdel” kojarzy mi się jednoznacznie i to bynajmniej nie z bałaganem w pokoju. W każdym razie uważam, że jest to tego rodzaju wyraz potoczny, którego nie należy używać w opowiadaniu w narracji trzecioosobowej.
...który aktualnie skrupulatnie wodził piórem po pergaminie, pisząc pracę na temat: „Pozycja gobelinów w świecie czarodziei wieku XIX”. – od kiedy to Hogwart kładzie nacisk na wpojenie uczniom historii tkactwa?
Wyłapałam kilka powtórzeń i innych tego typu bzdur, których nie ma sensu przytaczać. Publiczna zabawa w betę nie jest moim zadaniem. Poza tym nie mam na to czasu, gdyż muszę się jeszcze przyczepić do kilku nieścisłości merytorycznych, które pojawiały się głównie na początku. Jednak jako że jestem wrednym potworem pilnującym szczegółów niczym Cerber wejścia do Tartaru, muszę je bezwzględnie wytknąć paluchem.
Lily była całkowicie mugolskiego pochodzenia. Jej mama nie była czarownicą, jej ojciec zresztą też nią nie był.
Remus nie był prefektem naczelnym w piątej klasie, różdżki są conajmniej dwa razy dłuższe niż trzy i pół cala, a cała akcja z całą pewnością rozgrywała się dużo wcześniej niż w roku 2005.
Chyba tyle.

10/15

Bohaterowie
* pomysł

Na Lily w wersji buntowniczej natrafiłam już kilkakrotnie, jednak w przeciwieństwie do moich poprzednich spotkań z tego typu osobowością panny Evans, przedstawienie jej w tym stylu przez Ciebie mi się podobało, choć mam niejasne wrażenie, że lekko odbiegało od kanonu. Lekko, leciutko. A może tym razem to ja trzymam się zbytnio schematów?
Caroline... khym. Z nią już jest tak średnio. Od kujona do emo-mhrrok-dark-rebel-girl w glanach w dwa miesiące. No to kolorowo, jak by to powiedziała moja koleżanka. Jakoś tego nie kupuję. Zwłaszcza że w tamtych czasach żadna z tego typu subkultur jeszcze nie istniała.
Panowie Huncwoci ponownie w wersji super popularnej, niezbyt rozgarniętej i szalonej. Mogłabym się czepić trochę do Petera, który jak zwykle jest trochę pomijany.
W porządku, niech będzie i tak.
Plus za Syriusza nie cierpiącego się z Lily, plus za próbę połączenia Narcyzy z Remusem i minus za Snape'a podkochującego się w pannie Evans, co ni oryginalnie ni ciekawe nie jest, a czego ja przeciwniczką jestem wielką i sama nie wiem czemu.
Tylko za jakie grzechy. Za jakie grzechy, pytam, zdrabniałaś ich imiona i pseudonimy w tak nieciekawy i dobitnie prostym językiem mówiąc wsiowy sposób?! Liluta?! Syri?! Remi?! Glizdek?! Nie, nie, nie! Nie rób tego, to nie jest ani fajne ani ciekawe ani w najmniejszym stopniu pozytywnie, a jedynie sprawia, że przed oczami pojawiają mi się mroczki i zbiera mi się na dziwne mdłości.

8/10

* przedstawienie
Założenia zrealizowałaś - tak mi się wydaje. Huncwoci są bohaterami niezwykle trudnymi do rozpracowania i nie każdemu się to udaje tak, jak bym o tym marzyła. Tobie nie udało się to do końca, bo jednak czegoś tam im brakuje, ale dają radę. Nie są płascy.
Trochę zirytowała mnie lekko emoistyczna postawa Remusa, który stwierdził ni stąd ni zowąd, iż przyjaciele się nim nie przejmują, a on się o nich niesamowicie troszczy, bla-bla-bla.
Syriuszowi czegoś brakuje. Jakiejś takiej iskry, zadziorczości, Łapowego pazurka, błysku w szarym oku.
Narcyza nie spodobała mi się jako tako. Jest zdecydowanie za dobra. Skoro tak strasznie nie lubi siebie i Ślizgonów, a pragnie dobra, miłości, tolerancji, zrozumienia i latania nago po łące wśród kwiatów w imię równości i wolności, czemu trafiła do Slytherinu, hę? Tylko dlatego, że cała rodzinka tam była? Że jest czystej krwi? Mi się to nie kalkuluje. Zrobiłaś z niej ciepłą, leniwą kluchę.
Co do Caroline to ja w niej żadnej buntowniczości nie dostrzegam, nie licząc strasznego wręcz zaprzestania robienia notatek i wożenia się po szkole w żałobnych worach i tyłkiem wystającym spod zbyt krótkiej spódnicy. Jakoś jej nie polubiłam, nie wiedzieć czemu.

2/5

* marysuizm
Nie razi. A może po prostu ja mam już jakąś wadę wzroku?

10/10

* punkty dodatkowe
Za poczucie humoru padam do nóżek, za pomysłowość również.
Twoje opowiadanie mimo wszystko zapada w pamięć. Ja czytałam je na raty, zaczynając na początku wakacji, potem zrobiłam sobie przerwę na wyjazd, a gdy wróciłam nie miałam najmniejszych problemów z połapaniem się w fabule. Muszę się również przyznać, iż powyższa ocena nie była pisana "na świeżo" po przeczytaniu, a jednak bez problemu przywołałam w pamięci wszystko, co było konieczne... mam nadzieję.
Wymaga jednak doszlifowania i dokładniejszego przemyślenia, bo póki co jest raczej improwizacją, przez co zdaje się być trochę rozwlekłe.

8/10

Razem: 86 punktów, więc całkowicie zasłużenie witamy w kategorii warto przeczytać, ale nie zachwyca.


Z poważaniem
Pistacja
komentarze [9]


... >> sobota, 15 września 2007 11:18:41

Powołując się na Regulamin rzeczonej ocenialni, punkt dziesiąty, muszę stwierdzić, iż nie ocenię dramatu Wichry namiętności.

Niby miało to być napisane dla "hecy" (przynajmniej taką mam nadzieję), ale humor autorki powoduje u mnie torsje. Po przeczytaniu dziesięciu stron tego dzieła muszę zrezygnować z oceny, gdyż i tak wylądowałoby to w ostatniej kategorii za brak akcji (wiem, że autorka jest świadoma tego, jednak bez wyraźnej fabuły nic nie może być dobre - może tylko coś naprawdę krótkiego), brak sensu, brak logiki, za to w nadmiarze jest tutaj obrzydliwego i taniego pseudohumoru. Może któraś z moich koleżanek zechce ocenić ten dramat, ponieważ ja na pewno się tego nie podejmę.

Sinis


komentarze [0]